środa, 30 grudnia 2009

Vontomaty

Tak, wiem! Zaczynam się robić monotematyczna, ale nic nie poradzę na to, że z mięsa zachwycić potrafi mnie tylko von trupka. Reszta jest taka oczywista. A rzeczona? Ma swoje niuanse lekkiej goryczki doskonale wiążącej się w parę zdecydowanego smaku. Ma to coś! To jak z ludźmi – widzisz kogoś tylko raz i już czujesz magnetyzm. No...nie żebym czuła magnetyzm w stosunku do von – von ;) Tak bajdełejem.

Pomyślałam sobie, skoro von ma zdecydowany smak gorzkości, a tomaty są słodkie – można by je połączyć razem. A później trafiłam na ten przepis. A mając w pamięci udany mariaż tomatów z makaronem kawowym, który to popełniłam swego czasu kierując się toskańskimi radami Miriano Baldini... I biorąc po uwagę fakt, że miesiąc kawowy trwa do końca roku... No jednym słowem - jak tylko zaświtała mi ta myśl w głowie, to już nie chciała się odczepić. Oto więc!


Von – tomaty z kawowym makaronem

Najpierw rozprawiłam się z von. Obmyłam i zrezygnowałam z mlecznej kąpieli (gdyż czas mnie naglił), pokawałkowałam, wysuszyłam ręcznikiem papierowym i wrzuciłam do woreczka z mąką i słodką papryką błyskotliwym celem obtoczenia von. A potem sruuu! na rozgrzaną oliwę, pod koniec sól i pieprznięty. Koniec. Chwilowo zapominam o trupce, a biorę się za sos. Cebulina – sztuk dwie, jedna biała, druga czerwona. Na kawałki, potem na oliwę, niech się szklą, skoro są takie cwane i łzy z oka wyciskają. Potem doskakuje pokawałkowana czerwona papryka i też mięknie. A jeszcze potem zapuszkowane tomaty. Do smaku w rondlu z towarzystwem ląduje pomidorowe pesto i nieco słodyczy z cukiernicy. Wszystko bulgota sobie jakieś 20 – 30 minut, potem im przysalam i pieprzę wszystko dość sporo. A na ostatnie bulgoty wpada jeszcze łyżka śmietany 18 – ki. Gdybym miała pod ręką mojego bzyczka, to bym wyżyrafinowała połowę na ciapę. Ale żyrafinka została w zacisznej. Enyłej – tak też pasi. O sosie też chwilowo zapominam, biorę się za kluchy. Ekspresem, w ukropie wręcz – ujędrniam je, a potem... potem przypominam sobie o trupce i sosie. Nie pozostaje mi już nic innego, jak oddać się konsumpcji :)




piątek, 25 grudnia 2009

Makowe serca

Oczko zarzuciło świątecznym makaronem z makiem to co ja będe gorsza! No nie będe i już, stwierdziłam dziś rano. Myśl o kluchach naszła mnie gdy podziwiałam mój nowy nabytek otrzymany od Bei. Te piękne kolorowe makaronowe serducha nie mogły dłużej czekać na ich konsumpcje. Pierwszy pomysł, czyli makaron i szpinakowy sos odpadł w przedbiegach, bo nie zakamuflowałby te kolorki. Tak więc padło na orzechy, potem doszedł mak i reszta.



Pyszniutko było :)



Makaronowe serca z makiem i orzechami
1 porcja
70 g makaronu
kilka suszonych moreli
łyżka maku
kilka kropli olejku pomarańczowego
łyżeczka masła
garść orzechów laskowych
½ łyżeczki cynamonu
ewentualnie cukier waniliowy
Makaron wrzucić do wrzącej wody i gotować około 8 minut.
W tym czasie orzechy przekroić na pół. Rozgrzać na patelni masło, wsypać mak, dodać orzechy, cynamon i olejek. Chwilę podsmażać i dodać posiekane morele.
Makaron odcedzić, wrzucić na patelnię i dokładnie wymieszać. Można dodać trochę cukru waniliowego.

Kuchnia Świąteczna i Noworoczna 01.XII.2009 - 05.I.2010

czwartek, 24 grudnia 2009

Święta, ich smak i mak

Michrówek znana bliżej jako Mihrunnisa wysłała nam zdjęcie aniołka. Aniołek ów został wykonany z... makaronu przez osoby mniej sprawne umysłowo. Tym samym mamy naoczny przykład tego, że takie osoby wcale nie są od nas gorsze, skoro ich dłonie mogą wyczarować coś naprawdę ładnego tak naprawdę z niczego. Jeżeli jednak pragniecie nie tylko patrzyć na aniołka, ale też takowego wykonstruować samemu zerknijcie tu, tu, tu i tutaj też. Po nitkach do kłębka znajdziecie instrukcje.


Tymczasem Princess i ja życzymy Wam spokojnych, radosnych, rodzinnych i smacznych świąt. Cieszcie się atmosferą, jakie one roztaczają i korzystajcie z bogactwa stołu.


Makiełki - kluskowa makówka świąteczna :)

Takie kluchy to prosta rzecz – wystarczy Najlepszej podebrać trochę maku, który jest przeznaczony na makowca i wymerdać go z kluchami. Rzeczony mak najpierw trzeba sparzyć wrzątkiem, potem przekręcić co najmniej dwa razy przez maszynkę (mając przy okazji darmową siłkę dla mięśni ;)) , potem wymieszać z jajcem, cukrem, bakaliami, olejkiem migdałowym, stopionym masłem, skórką pomarańczową, miodem i startym naocznie jabłkiem. A potem tylko wystarczy ujędrnić kluchy i dopełnić mariażu.
Wesołych i smacznych! :)

Kuchnia Świąteczna i Noworoczna 01.XII.2009 - 05.I.2010

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Męska Sprawa

Piwo! Jakoś tak kojarzy mi się z płcią męską. Wino zaś z pierwiastkiem damskim. Niby dlaczego? Ha! Dobre pytanie – sama nie wiem. Może dlatego, że puszka piwa otwiera się szybkim "pssssssst" i już jest gotowa do konsumpcji. A do wina zwykle potrzebne są ceregiele w postaci korkociągu i kieliszków. Hmmm...możliwe, że właśnie tak.

A von – von? Po lekturze "Kompleksu Portnoya"* też mi się męsko kojarzy – zwłaszcza jeśli zestawić ją z tym tam niżej makaronem, co to Princess w swej łaskawości się ze mną podzieliła kawałek czasu temu. "Kompleks..." jak nic! A w połączeniu z piwem – męska rzecz po prostu. Ale i kobiety mogą wziąć widelce w dłoń. Zatem....!



Pssssst! Czyli von – von i piwo.

Na patelnię poszedł ten tutaj przepis. Początek, jak to zwykle bywa z von – podobny: Kleopatra, czyli skąpanie co najmniej godzinne von w mleku. Później pokawałkowanie**, obtoczenie w mące i łagodnej papryce i szybki rzut na rozgrzaną oliwę. Wcześniej na rzeczonej omdlała popiórkowana cebulina i grzecznie usunęła się na bok – na talerz i czekała znowu na moje nią zainteresowanie. Tymczasem von – von randkowała z oliwą, a ja czuwałam nad tym, aby za nadto nie stwardniała. Nie może, bo będzie po przyjemności – niestety. Pod koniec nastąpiło dopieprzenie towarzystwu wespół z przysoleniem. I von – von poszła sobie von! Z patelni – rzecz jasna, ale tylko na chwilę. Wszystko dlatego, że nagle i niepostrzeżenie... psssssst! Pojawia się piwo w towarzystwie śmietany (18%), szczypty suszonego tymianku i oregano oraz omdlałej wcześniej cebuliny. Wszystek dusi się bez zmrużenia kole dwudziestu minut, zagęszczając atmosferę. Pod koniec sos obtacza powracającą na patelnię von – von. A później kluchy jeszcze. Raz, dwa i po sprawie.


* Philip Roth – "Kompleks Portnoya". Jest tam jedna scena wypisz wymaluj, to co na talerzu... tylko... ekhem – mniej apetyczna, a ściślej mówiąc – nieapetyczna wcale. Nie zachęcam do lektury, bo może Was zniesmaczyć. Roth jest specyficzny i nie każdy może go dobrze trawić. No chyba, że ciekawość Was zeżre szybciej, niż Wy von – von, haha! ;)PP ) Lepiej wziąć się za "Konające zwierzę", którego dość udaną adaptacją jest "Elegia" z Penelope Cruz.
** Bajdełejem, z przerażeniem odkryłam, że... surowa von jest dość... przyjemna w dotyku. Taka... delikatna, gładka, "satynowa" wręcz. Czy jest na sali lekarz?

piątek, 18 grudnia 2009

Płaski łazankowy

O Babulinkowej kapuście z suszonymi grzybolami pisałam na eksperymentach. Oj rozmarzyłam się rozmarzyłam, i nawet łezka w oku mi się zaplątała na myśl, że w tym roku tejże kapuchy już nie uświadczę... Moja kapucha mimo, że smaczna to już nie ta sama, a dziś jeszcze dodatkowo urozmaicona śliwkami i żurawiną. Ponieważ głodna byłam oj głodna i spragniona węgli w psotaci makaronowej, kapuchę zapodałam z makaronem, płaskim bo płaskim, takim łazankowym :)



Łazanki z kapustą
400 g makaronu łazanki
Kapusta z suszonymi grzybami, śliwkami i żurawiną
0,5 kg kiszonej kapusty
cebula
2 garście suszonych grzybów
garść suszonych śliwek
garść suszonej żurawiny
2 listki laurowe
2 kulki ziela angielskiego
kilka suszonych goździków
pieprz cały
Grzyby zalewam na noc gorącą wodą. Następnego dnia kroję kapustę i wkładam do garnka, wrzucam grzyby wraz z wodą, dodaję żurawinę i śliwki. Zalewam wodą i stawiam na ogień. Dodaję ziele, listki, goździki i pieprz. Gotuję do miękkości.
W międzyczasie na patelni szklę posiekaną cebulę. Kapustę odcedzam, wyciągam grzybki i śliwki, kroję na mniejsze kawałki. Usuwam z kapusty listki laurowe, kulki pieprzu i ziela oraz goździki.
Ponownie dodaję śliwki i żurawinę oraz cebulę. Dokładnie mieszam.
Pod koniec gotowania kapusty gotuję al dente makaron, odcedzam go i mieszam z kapuchą.

Kuchnia Świąteczna i Noworoczna 01.XII.2009 - 05.I.2010 Kuchnia wegetariańska

wtorek, 15 grudnia 2009

Ostrość proszę!

Jeżeli przyjdzie Wam kiedyś pomysł do głowy, aby kupić makaron z peperoncino – mocno się nad tym zastanówcie. Bo może się zrobić ostro, bardzo ostro! Potem tylko mleka szukać dla złagodzenia atmosfery. Albo połączyć kluchy z maczałką, tą, co to o niej bełkoczę na drugim poletku. A do tego jeszcze groszek mrożony i te skwarki z boczku. Lubię takie rzeczy... tylko gdyby nie ta przesadna ostrość makaroniarska ;)




Linguine al peperoncino, czyli maczałka babci Michaliny niesie pomoc.

Wszystko rozbija się o sos mleczny: literek (albo mniej – w zależności od potrzeb i ostatecznej ilości porcji) rzeczonego należałoby zagotować, a potem wybełtać z rozrobioną w kapce zimnego mleka mąką, połączyć, zagotować na konsystencję sosu. Potem dorzucić usmażone skwarki z boczku, obgotowany mrożony groszek i piekielnie ostre linguine i jeść :)

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Nie śpiąc

Nie ma to jak przyzwyczaić organizm do spania po kilka godzin na dobę.
Gdy już się pada na twarz co by nie napisać, że na pysk, i zmęczenie skłania nas do wcześniejszego oddania się w objęcia Morfeusza to wtedy pojawia sie problem.
Problem typu przyzwyczajenie i zamiast odespać nie przespane, my budzimy się w środku nocy i ...
I co wtedy? Wtedy to już nic nie zrobimy, no chyba, że uda nam się zasnąć, ale jeśli nie?
Jeśli nie, to nie pozostaje nam już nic innego jak tylko odpalić kompa i siadać do pracy i nadrabiać zaległości, na ten o to przykład blogowe :)
A, że zmęczenie znów nas ogarnie za kilka godzin, to już inna sprawa....

Sny mają swój własny rytm. U każdego inny. Wszyscy jednak śpimy w rytmie, jak żyjemy w rytmie. Nie da się oddzielić snu od życia.*



Chifferi w sosie pieczarkowo-śmietanowym
1 porcja
60 g makaronu kolanka
20 dkg pieczarek
ząbek czosnku
50 ml śmietanki 12 lub 18%
łyżka posiekanej natki pietruszki i bazylii
odrobina masła
sól, pieprz
Makaron ugotować al dente.
Pieczarki obierać, pokroić w plasterki i wrzucić na rozgrzaną patelnię z rozpuszczonym masłem. Posolić, popieprzyć, dodać posiekany ząbek czosnku i dusić do miękkości. Pod koniec duszenia dodać śmietankę i jeszcze chwilę potrzymać na wolnym ogniu.
Na patelnię wrzuć makaron, bazylię i natkę, dobrze wymieszać.

*— Wiesław Myśliwski
Traktat o łuskaniu fasoli

czwartek, 10 grudnia 2009

Gimnastyka dla języka

Bawiąc się w Mikołaja (a raczej w Mikołajkę) udałam się do księgarni w poszukiwaniu skarbu, który potem mógłby być prezentem – od Mikołaja. Rzeczony miał przyjechać na sankach, no ale z powodu braku śniegu poradził sobie inaczej. Jak? – to wie tylko sam brodaty. Fakt faktem – sprytny jest i żadna aura mu nie straszna, nawet bezśnieżna. Wracając do skarbu: skarbem bywa książka – przynajmniej w mniemaniu oczka. Dotarłam zatem na dział dziecięcy i... nie chciało mi się go opuszczać ;) Dzieciaki mają teraz takie bogactwo książek, a nie wiedzieć czemu wolą oglądać kartony*, czy grać na laptopie. A czytanie przecież tak fajnie może kształtować wyobraźnię. I bawić jeszcze – słowami :)

"Poducha Stacha" **

Poduchę Stacha buchnął duch,
pod pachą wtachał go na dach -
z poduchy bucha puch buch! buch!
bo duch w poduchę buchnął bach!

- Och! Och! Poducha! - westchnął Stach,
za duchem pach! Bez tchu na dach,
uch! do poduch wepchnął puch
i w ucho ducha puchem buch!


Spróbujcie to przeczytać najszybciej jak się da ;)




Winna von – von i oranż

Na tapetę poszedł kolejny przepis z von – trupką. Rzeczona nie dość, że miała z winem do czynienia, to jeszcze się orzeźwiła – cytrusowo. Ale zanim tamto, wpierw czas na Kleopatrę – von von najpierw kąpała się w mleku*** 2 godziny. Potem obtoczyła się mące i łagodnej papryce i ułożyła na patelni z rozgrzaną oliwą niczym plażowicz – celem zażycia nieco ciepła. Kiedy obróciła się na drugi boczek, wtedy do towarzystwa dostała popiórkowaną cebulinę. Na koniec doskoczył pieprznięty i sól. I dość! – poszła sobie z patelni. Wtedy do akcji ruszyło czerwone półwytrawne, które odkleiło sam smak z patelni i przy pomocy soku z pomarańczy dopełniło przyjemności. Na koniec urodzinowe kluchy (dzięks Princes! :)) i już!




* Cartoon Network - w sensie
** Małgorzata Strzałkowska - Wiersze, że aż strach!
*** Moczenie w mleku sprawia, że von - von staje się krucha i mięciutka. Może się pluskać nawet całą noc.

wtorek, 8 grudnia 2009

Krótki rzut oka na Pastę

Niebieskie oko rzuciło swój wzrok na Pastę, więc nie wypada przejść koło tego tak obojętnie. Tym samym, z tego tutaj miejsca obie serdecznie dziękujemy całej czwórce, która hurtem obrzuciła nas prezentami.



Mafi wyróżniła "Pastę" za "odlot ;)" (cokolwiek miałoby to znaczyć ;))

Cremebrule wyróżniła nasze "ponadprzeciętne makarony"

Cytryna stwierdziła, że mamy "świetne opisy, mega radość życia i gotowania" no i..., że propagujemy "te słodkie chwile zapomnienia... o diecie ;)"

Antonio zaś dodał, że czuje u nas "powiew świeżości" i dodaje, że są z nas "fajne dziewuchy". Dodatkowo Miłemu Rolnikowi dziękujemy za polecenie poletka "Eksperymentalnie" i "Bełkoty"


Pozwolimy sobie potraktować to jako przedwczesne mikołajki i prezent pod choinkę w jednym ;) Jest nam okrutnie miło :)))) Kłaniamy się w pas i przesyłamy po porcji kluch :)

Ponieważ oko dostałyśmy jakiś czas temu i fala nominacji kolejnych, na blogach już przeminęła, bezczelnie pozwolimy sobie zakończyć łańcuszek jakże skromnym "dziękujemy".

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Jajo Kolumba

Do tych kluch podchodziłam jak do jeża. Raz, że jeszcze do niedawna byłam zielona i o boczku mogłam zapomnieć, a to już by nie było to. Dwa: nijak pasowało mi to jajo. Trzy: czy mi się nie zrobi z tego jajecznica z makaronem zamiast carbonary*? Ale tydzień jajka zobowiązuje – postanowiłam się zmierzyć z tą zagwozdką. Tymczasem zrobiło się szybko, bezproblemowo, jajecznica nie wyszła. Wniosek? Niby trudne, a jednak łatwe. Ot! Takie jajo Kolumba ;)




Jajo Kolumba, czyli węglarze jedzą kluchy.

Na oliwę wpadł pokawałkowany boczek, chwilkę później doskoczyła cebulina. Jedno zrobiło się z lekka "chrupkie", drugie zmiękło – gra gitara. Czas na dorzucenie ujędrnionych kluch i wymieszanie. A za nimi wybełtane razem: żółtko jajca, starty parmezan, trochę śmietany, sól i pieprznięty. Szybkie, ale dokładne zamieszanie, co by sos oblepił dobrze kluchy. I na tym rola ognia podrondlowego się kończy. No bo przecież nie umówiliśmy się na jajecznicę :)

* Nie wiem, skąd ten szał – nic szczególnego takie kluchy. Że się posłużę zasłyszanym ---> "jak zachwyca, skoro nie zachwyca?" Wuaśnie!
** zima idzie, zmierzch mnie goni, chyba trzeba wcześniej gotować obiad ;)




niedziela, 6 grudnia 2009

Mikołajkowy placek ;)

No i grudzień mamy!
Ba, więcej nawet, dziś Mikołajki!
Tak tak, dzień przez wielu wyczekiwany, bo jeśli grzeczni byli to może do nich św. Mikołaj wpadnie i coś tam podrzuci.
Niby śniegu nie ma (na szczęście, bo nie znoszę żadnych opadów, żadnych! ;)), ale ostatnio słyszałam, że św. Mikołaj samolotu się dorobił i da radę do wszystkich (tylko grzecznych) dotrzeć :)
Więc nie bójta żaby, Mikołaj da radę, bo jakby nie miał dać ;)
A dla mnie w tym roku dziwne to Mikołajki, bo pierwszy raz odkąd pamiętam nic nie wyżuliłam do dziadziolka z okazji tego „święta” (żadne tam tłumaczenie, ze już za stara na Mikołaja jestem nigdy nie pomagało ;) ). A nie wyżuliłam, bo...zapomniałam! I masz tu babo placek!



No, ale dobra, może naprawdę już za stara jestem? A poza tym nawet św. Mikołaj, nawet dziadolek, nie są w stanie dać mi tego czego pragnę, więc...może Kubusiowy makaron (od Oczka rzecz jasna) na pocieszenie?

A skoro to i świąteczne smaki to może i by na świąteczny deserek się nadawało?



Makaron piernikowo-miodowy
1 porcja
70 g makaronu (u mnie bajkowy)
2 łyżeczki miodu (u mnie gryczany)
garść ulubionych orzechów
kilka suszonych śliwek -pokrojone
łyżka mleka
przyprawa do piernika
Makaron wrzucić do wrzątku i ugotować al dente.
W tym czasie orzechy pokruszyć na mniejsze kawałki i uprażyć. W małym rondelku rozgrzać mleko, dodać miód i podgrzewać, aż się połączą. Dodać szczyptę przyprawy do piernika, wrzucić bakalie i makaron. Dokładnie wymieszać.


Kuchnia Świąteczna i Noworoczna 01.XII.2009 - 05.I.2010

wtorek, 1 grudnia 2009

Powiedz oczku coś na uszko...

"Nie chciałem.
Nie chciałem ci nic powiedzieć.

Zobaczyłem w twoich oczach
dwa drzewka oszalałe.
Z wiatru, ze śmiechu i złota.

Chwiały się.
Nie chciałem.

Nie chciałem ci nic powiedzieć."
*


Pan Mendoza poszedł chwilowo w odstawkę na półkę – zasłużył sobie na odpoczynek od oka oczka. Teraz czas na wyszukiwaną od dawna w biblio** "Grę Anioła". Czy przemówi, jak "Cień wiatru"? Czy może nic mi nie będzie chciała powiedzieć? Posłucham... wodząc po literkach :)



Occhiolino rozprawia się z orecchiette
(orecchiette al salmone affumiciato – Viva la pasta!, s.42)

Na pierwszy ogień idzie pieprzowiec, zwany papryką (w kolorze czerwonym). Delikwentkę należałoby wrzucić do piekła i przetrzymać tam na tyle długo, aż zrobi się na brąz. Potem włożyć do woreczka, a następnie bezwzględnie obrać ze skóry. A potem jeszcze rozprawić się z nią nożowniczo – na kawałki i rzucić na ostateczne rozdrobnienie żyrafinie. Takąż pastę umieścić w rondlu wraz z: oliwą, wędzonym łosiem, przeprasowanymi zębami czosnkowymi i śmietaną (22-30%). Podgrzewać ogniem podrondlowym, aż do zagęszczenia atmosfery. Na koniec pieprznąć z młynka, przysolić i ogołocić krzak bazylejski. Wszystko wymiąchać z uszami.




* Federico Garcia Lorca – "Na uszko dziewczynie" (przekład: Jerzy Ficowski)
** no przecież nie kupię, skoro ostatnio powiększam swoją przestrzeń życiową pozbywając się drobiazgów, bez których - o dziwo! - też da się żyć :)

niedziela, 29 listopada 2009

Pleonazmatyczny Pan C.

Zmierzyłam się z Panem C. Wprawdzie Weronika* nie umarła, ale za to ja umierałam z każdą przeczytaną kartką – z nudów, rzecz jasna. Niestety, potwierdzam to, co już było dla mnie wiadome po "Alchemiku" – nie należę do targetu Paola – "mistrza płytkiej głębi"** (znalazłam to określenie kiedyś gdzieś w necie i okrutnie mi się spodobało). Z drugiej strony odnosiłam wrażenie, że skądś to już wszystko znam. Chwilę później trafił mnie przebłysk olśnienia i poczułam się jak Kathleen Kelly*** odkrywająca drugą maszynę do pisania. Tak! "Weronika", to jakby kompilacja "Przerwanej lekcji muzyki" Susanny Kaysen i "Lotu nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya. Tiaaaaa. Z ulgą dotarłam na 220 stronę (czyli ostatnią ;))
Z większym entuzjazmem powitałam Eduarda****. "Przygoda fryzjera damskiego" rozłożyła mnie na łopatki – ze śmiechu. To też jakby kompilacja: atmosfery filmów Tarantino i Allena, prześmiewczego antykryminału w połączeniu z wcieleniem w rolę głównego bohatera cech Fermina Romero de Torresa*** . Z tą tylko subtelną różnicą, że w porównaniu z Panem C. była smacznie podana i lekkostrawna – obyło się bez zgagi w postaci poczucia straconego czasu. Tym samym dość eksperymentów z Panem C. – no może z wyjątkiem felietonów, bo te akurat piszą się mu o niebo lepiej.

To może lepiej coś zjedzmy? Po naocznym spotkaniu z Ptasią i wspólnym gotowaniu, powzięłam jakże fantastyczną myśl, aby uczestniczyć w jej Tygodniu Korzennym. W tamtym roku było smacznie, to i teraz można by się skusić. No to kluchy!


Aromaty, rybka zwana solą i ryż makaroniarski

Cebulina wraz z przeprasowanym zębem czosnkowym zmiękła na oliwie i chwilę potem zaprosiła do rondla świeżutkiego imbirka. Po nim nadszedł czas na szczyptę cynamonu, kurkumę i chili. A w mgnieniu oka doskoczyły jeszcze zapuszkowane tomaty, nieco gałki muszkatołowej - świeżo startej nad rondlem, kilka goździków i trochę kuminu. I wszystko ze sobą gadało do chwili, aż sos nieco stracił na objętości. Wtedy pojawiło się mleczko kokosowe. A potem wpadła jeszcze pokawałkowana rybka zwana solą i dochodziła swoich praw, gotując się aromatycznie w sobie – korzystając z dobrodziejstw pyrkającego sosu, zwanego curry. Na koniec swoje trzy grosze dorzuciły: kapka soku z limonki i pieprznięty z młynka. A potem całe aromatyczno - korzenne towarzystwo już tylko pokładło się leniwie na ryżowym.



* „Weronika postanawia umrzeć” – Paulo Coelho
** sorencjo, nie chciałam być złośliwa ;) Chociaż bywa ze mnie wredna baba.
*** Kathleen Kelly, czyli Meg Ryan w "Masz wiadomość"; jest tam scena, w której KK będąc jeszcze z Frankiem Navasky’m – odkrywa drugą identyczną maszynę do pisania na jednym stole. Potem on wystukuje tekst "jesteś niczym trzcina..." Coś w ten deseń, enyłej – kto oglądał chociaż raz MW ten wie, o czym mówię. Kto nie wie, niech obejrzy ;)P
**** Eduardo Mendoza – "Przygoda fryzjera damskiego"
***** Fermin to uroczy włóczęga z "Cienia wiatru" Carlosa Zafona


Kuchnia wegetariańska

sobota, 28 listopada 2009

Tutti frutti :)

„Bywają w życiu człowieka chwile – zwłaszcza po okresach stałego podsycania próżności odwagą zamiarów – gdy nogi uginają się nagle, jakby były z waty, i jedyne, czego naprawdę się pragnie, to uciec nie oglądając się za siebie.”*

Ja też pragnę czasem uciec, nawet coraz częściej...
Uciec przed dniem wczorajszym, uciec przed dzisiejszym i uciec przed jutrzejszym...
Ale nie moge, bo nogi, nogi jakby były z waty, nie pozwalają mi na to...
Więc brnę dalej przed siebie, z coraz większym przerażeniem, czy dam radę, czy zdąże, czy podołam i wciąż nie wiem co mnie czeka za chwilę, za kolejną krótką chwilę..
Jednak są też przyjemne chwile, jak na ten przykład Cytrusowa Chwilka, znaczy się Cytrusowy Weekend organizowany przez Tatter. Czemu „chwilka”? Bo rok temu tak ten weekend się zwał i tak mi już zostało ;) Może z sentymentu?

Weekend z cytrusami mamy po raz trzeci jak mnie komórki szare nie wprowadzają znów w błąd ;)
Ja ta dopiero drugi raz mam możliwość wziąć w niej udział, w sumie to jestem dumna, że już drugi raz :)

Miałam w zanadrzu kilka przepisów, które chciałam wypróbować. A to różne sosy, a to potrawy z ryżu czy cytrusy z rybami, ale jak u Caritki zobaczyłam Pomarańczowy makaron, od razu wiedziałam co robię ! ;)
Oczywiście kilka zmian wprowadziłam, bo i rybę dodałam, i typ makarony zmieniłam, no i zamiast świeżej kolendry dałam świeżą bazylię :) A na koniec gotowe już danie polałam jeszcze odrobiną świeżego soku pomarańczowego, tak dla podkręcenia słodkości i kwaskowatości jednocześnie ;) A no i zwykłej cebuli nie miałam, była tylko czerwona, podwędzona z babcinej spiżarni. Stwierdziłam, że i ta dobra, kolorku doda :)



Pomarańczowy makaron z cytrynową rybą
1 porcja
60 g makaronu Cavatappi
1 pomarańcza
kilka listków świeżej bazylii
1 czerwona cebula
trochę oliwy
sol, pieprz
1 filet z mintaja
sok z cytryny
Rybę pół godziny przed smażeniem posypać pieprzem i skropić sokiem z cytryny. Następnie usmażyć i odstawić na bok.
Pomarańcze dokładnie wyszorować, obrać ze skórki i wycisnąć sok. Skórkę pozbawić albedo i drobno pokroić.
Cebulę obrać i posiekać. Zeszklić na oliwie, dodając pod koniec smażenia skórkę pomarańczy.
Sok z pomarańczy (zostawić z 2 łyżki ) zagotować z wodą i ugotować makaron al dente. Odcedzić i wrzucić na patelnię. Dokładnie wymieszać z posiekaną bazylią, odrobinę soli i rybą. Na talerzu polać odrobiną soku z pomarańczy.




* Gustaw Herling-Grudziński — Inny świat

piątek, 27 listopada 2009

A co z powrotem? Z powrotem! :)

Kiedy się wyjeżdża, czasem się wraca. Obwieszczam, że sprawa załatwiona – skutecznie oddzieliła grubą kreską to, co było i to, co będzie. Tym samym – wróciłam nie tylko do punktu wyjścia, ale i tutaj. Ale już myślę o powrocie – tam! Bo jedne powroty wcale nie cieszą tak samo, jak powroty inne. Na wszystko jednak potrzebny jest czas. Czas! – bywa też odmierzeniem dystansu podróży. A ta ostatnia była wyjątkowo długa – perfidny wypadek losu wydłużył ją bardziej, niż to było konieczne. Całe szczęście był chleb :) Na pocieszenie i na powrót – też będzie długaśno. Wszak bucatini też się przecież ciągną jak spaghetti.



Długi makaron, rybka i tomaty.
To proste: na dziewicę trzeba rzucić ząb czosnkowy i kilka sardeli (zwanych anchois). Po 4 minutach wlać białe półwytrawne, a kiedy ono zniknie po angielsku, wtedy my pomagamy zniknąć czosnkowi. Wtedy doskakują tomaty i się dusi wszystko ze sobą w jednym rondlu pi razy oko 15 minut. Ostatnim rzutem wpada zapuszkowany, acz rozdrobniony Pan Tuńczyk, oregano i tymianek, pieprz i sól. A wszystkim oblepia się ujędrnione bucatini.




A propos powrotów – wypaplałam już Lipce, to nie przeciągam dłużej struny. Niniejszym ogłaszam wszem i wobec, że powracam na własne, samodzielne poletko (ale Pasty bynajmniej nie opuszczam). Chodźta teraz na
BEŁKOTY (klik, klik!) ;)

czwartek, 26 listopada 2009

Goni!

Czas mnie goni ze wszystkich stron!
Paranoja jakaś naprawdę!
Nawet na blogu czuję presję czasu !
Oj nie tego to już za wiele. To wina Hirka, na bank jego wina!
Bo jak nie ma winnego, to trza go znaleźć no nie?
” Człowiek potrafi każde nieszczęście swoje przypisać czyjejś winie.”*
To ten Hirek się ze mną ma...ale tyle makaronu co on wtrynia to już tylko ja wiem, więc przynajmniej sobie na niego winę zrzucę, a co ! I tak go znowu nie ma, bo na miasto poleciał. Podobno nie na laski, ale jasne, ja już mu uwierzę...
Ale nie rozwódźmy się już na Hirkowymi nie-podrywowym celem wylotu na miasto, a makaronem, a raczej dyniową zupą z makaronem...ale nie byle jaką zupą, ale taką o korzennych aromatach. Bo korzenny weekend trwa i juz nawet powoli zmierza ku końcowi, a ja tu nic nie przygotowałam... Znaczy się już nie nic, a coś, a tym czymś jest Dyniowo-korzenna zupa z makaronem :)
A teraz lecę, bo czas goni...



Aha zupa tym smaczniejsza, że z makaronem Simpsons, od Oczka otrzymanym :)


Dyniowo-korzenna zupa z makaronem

2 porcje
350 g upieczonej dyni
350 ml mleka
garść makaronu
Mleko zagotować, upieczoną dynię pokrojoną w kostkę i zmiksować. Doprawić do smaku cynamonem,kardamonem, gałką muszkatołową, łyżeczką cukru i szczyptą soli.
Makaron ugotować al dente i nałożyć po porcji do miseczek, a następnie zalać zupą.

*Friedrich Hebbel

Kuchnia wegetariańskaKuchnia wegetariańska

P.S. Dziękujemy za wyróżnienia: Mafilce i Cremebrulee, nie pociągnę zabawy dalej bo Oczko dalej nie obecne, a sama to nie to samo co dwie ;)

czwartek, 19 listopada 2009

Straszy! W kurniku straszy!

Skoro na eksperymentalnym jesteśmy w mięsno- groszkowych klimatach to może i tu w tych klimatach pozostaniemy?
Faza na mięso jeszcze mi nie minęła, co mnie bardzo dziwi, bo zwykle trwa tylko jeden dzień, a tu ciągnie się i ciągnie. Nawet tofu nie kupiłam, choć będąc w sklepie już je w łapkach trzymałam, i nie wiedzieć czemu odłożyłam na półkę. Hmmm dziwne, bardzo dziwne...
W sumie w moim domu ostatnio same dziwne rzeczy się dzieją! Nie mówię tu już o tym, ze jem mięso codziennie, ale na ten przykład dzwonki w komórkach (nie w jednej, a w dwóch) same się zmieniają, dziwne sny co po niektóre osoby nachodzą i w nocy straszy! A jeśli chodzi o sny to nie pytajcie jakie to sny, bo

[...] snu nie da się opowiedzieć. Opowiedziany przestaje być snem.”* ;)

Trza stąd uciekać póki się spokojniej nie zrobi. Ale to dopiero jutro, a dziś musimy być dzielne i nie dać się czarnym mocom ;) I jeszcze zjeść sobie makaronik, makaronik z groszkiem i pieczonym kurakiem :)



Trottole z kurczakiem i groszkiem
1 porcja
60 g makaronu Trottole
garść zielonego groszku (u nie mrożony)
50 ml śmietanki 12%
pieczone/smażone/gotowane mięso z kurczaka (u mnie podudzie, smażone)
ząbek czosnku
pieprz, tymianek, sól- szczypta
ewentualnie świeża bazylia do ozdoby
Makaron ugotować al dente, pod koniec gotowania wrzucić groszek i gotować jeszcze ok 4 minuty.
Czosnek posiekać i zeszklić na odrobinie masła, zalać śmietanką i doprawić solą, pieprzem i tymiankiem.
Mięso z kurczaka pokroić w mniejsze kawałki i wrzucić na patelnię.
Makaron z groszkiem odcedzić i wymieszać z kurczakiem i śmietanką. Ewentualnie doprawić jeszcze do smaku. Wyłożyć na talerz. Można przystroić świeżymy listkami bazylii.

*Wiesław Myśliwski — Traktat o łuskaniu fasoli

wtorek, 17 listopada 2009

Popędy i takie tam

I Oczko pojechało i Pasta i Basta! na mojej łasce...
A Oczko prosiło, lub kazało jak kto woli, dobrze gospodarzyć w naszej makaroniarni.
Hmmm, łatwo powiedzieć... Tylko co ona miała na myśli to pisząc??? Podejrzewam, ze chodziło jej o gotowanie kluch, obcykanie ich i wrzucenie na bloga... Pewnie tak, no bo jak inaczej.
Ugotować kluchy, ugotuje, zjeść zjem, ale ze zdjeciami to już gorzej. Aparat do czterech liter mam, słońce za chmurami się chowa, a no i zdolności moje są na poziomie zirooowym ;)
No i jeszcze publikacja, jak zawsze brakczas i z publikacją też kiepsko.
Ale pasa trza zacisnąć i coś tu wrzucić, co byście o nas ni zapomnieli. Zwłaszcza, że ja też wyjeżdżam, już w piątek, już niedługo. Myślałam, ze po wiedzę jadę, ale Pan Leszek K. wyprowadził mnie z błędu...:

Nie, nie dla wiedzy podróżujemy. Nie po to też podróżujemy, by na chwilę z codziennych trosk się wyrwać i o kłopotach zapomnieć [...] Nie, nie żądza wiedzy nas gna ani ochota ucieczki, ale ciekawość, a ciekawość jak się zdaje, jest osobnym popędem, do innych niesprowadzalnym.” *

No niech będzie, że nie dla wiedzy, nie w ramach ucieczki, a przez ciekawość, która jest popędem..dobrze, że nie seksualnym, bo już bym się zaczęła bać ;P

A jak już my tu o ciekawości, to gdzieś w necie znalazłam kiedyś jakiś takiś przepis na makaron z marchewkowym pesto... bardzo mnie zaciekawiło jak może smakować. Tam podawali bodajże dodatek orzechów, ale ja wolałam sezamem zarzucić, a jak ja już coś wolę, to i tak robię ;)



Jak wyszło? Bardzo smacznie, choć trochę słodko. Dla niektórych może być trochę mdłe, dlatego polecam dodanie jakiejś ostrej papryczki dla smaczku ;)

Cavatappi z marchewkowym pesto
1 porcja
1 średniej wielkości marchewka
70 g makaronu
1 łyżka prażonego sezamu białego
½ łyżeczki sezamu czarnego
natka pietruszki – ilość wedle upodobania
śmietanka lub mleko
tymianek, sól, pieprz, słodka i ostra papryka

Marchew obrać, umyć i pokroić w kostkę. Następnie posmarować oliwą i wyłożyć na blaszkę, zapiekać ok. 20 min (aż będzie pół-miękka, jeszcze chrupiąca) w 200 stopniach.
W międzyczasie ugotować makaron, uprażyć sezam i posiekać pietruszkę.
Upieczoną marchew zmiksować w blenderze z sezamem, olejem sezamowym i częścią natki pietruszki. Można dodać trochę śmietanki lub mleka dla smaku i uzyskania aksamitnej konsystencji. Doprawić do smaku suszonym tymiankiem, solą, pieprzem i słodką papryką.
Makaron odcedzić, wymieszać z sosem marchwiowo-sezamowym i wyłożyć na talerz. Posypać pozostałą natką i czarnym sezamem.

*Leszek Kołakowski — Mini wykłady o maxi sprawach

niedziela, 15 listopada 2009

"Komu w drogę, temu teraz" *

W mieście powstała nowa inicjatywa – Kobiece Salony Filmowe. Wybrałyśmy się tym razem z Justą, bo wreszcie był film, którego bezskutecznie (aż do tej chwili) wyglądałyśmy w repertuarze. Mowa o "Julie & Julia". Na seans szłam nastawiona bardzo pozytywnie i... z jeszcze bardziej pozytywnymi wrażeniami po – wyszłam z kina. Jestem ukontentowana grą Meryl Streep! Dla niej samej warto się wybrać na film. No dobra, nie tylko po to – dla jedzenia też ;)
Kiedy oglądałam film, poczułam się momentalnie dziwnie swojo. Chwilę później doznałam olśnienia! Ja skądś to wszystko znam! Po krótkiej chwili już wszystko było jasne! Jeśli nie poznaliście osobiście Lipki, nie rozmawialiście z nią na żywo i nie gotowaliście – wyobraźcie sobie, że właśnie taka pasja z niej bije. Taka pozytywna ambicja perfekcjonizmu (ach! ten stos cebuli krojonej przez Julię). Wyobraźcie też sobie, że właśnie tak wspiera ją Es i otacza troskliwym zainteresowaniem, że właśnie tak chwali jej gotowanie, i wreszcie, że tak radośnie jest u nich w domu. Przyznam po cichu, że zazdroszczę im tego. Tym bardziej się cieszę na spotkanie. Brakuje mi tego wspólnego pieczenia chleba :)



Tymczasem znikam. Wyjeżdżam na chwilę, bo czeka mnie (dosłownie) sądny (sic!) dzień. Trzymajcie kciuki, co bym trzymała i fason, i emocje na wodzy. Wrócę! Princess pilnuj gospodarstwa ;)
A przed podróżą kluchy, bo przecież na pusty żołądek nie powinno się wychodzić z domu ;)




Na szybko –--> wystarczy rozpuścić gorgonzolę w odrobinie mleka, wymerdać w niej penne tri colore i posypać italiańskimi. Z dedykacją dla Polonii, bo tak ładnie się podlizała ostatnio ;P Smacznego maupko! ;) Możesz mnie już wpisać ostatnim rzutem na taśmę w orzechowy rejestr ;) "Komu w drogę, temu teraz" ** :)



*, ** "Fabula rasa" – o ile dobrze pamiętam. Wątpię by była to "Siekierezada", albo któryś z wierszy. Stachurę odkryłam na początku ogólniaka. Pamiętam, jak latem godzinami siedziałam na ławce w parku, dłubałam słonecznik i pożerałam "Fabula rasę". Mnóstwo słów z niej wydobyłam, a potem przepisywałam do kajecika. Ulubiony? To ten, który wypisałam czarnym markerem na białej bawełnianej koszulce:

"Gdy już będziesz wielkim słońcem, nazbyt się w sobie nie rozkładaj, nie rozsiadaj. Wróć pamięcią do czarnej pestki malutkiego słonecznika. Normą świata ludzi winien być umiar."

Napis był na plecach, więc kiedy odwracałam się do człowieka tyłem – wciąż do niego mówiłam... słowami STED-a ;)


piątek, 13 listopada 2009

A takie tam...kluchy

„O szczęściu mówiłem. Że szczęścia trzeba szukać w sobie, a nie naokoło.
Że nikt go człowiekowi nie da, jak sam sobie go nie da. Że szczęście jest nieraz bliziutko, może w tej ubogiej izbie, gdzie się całe życie żyje, a ludzie Bóg wie gdzie go szukają.
Że niektórzy w sławie i bogactwie go szukają, ale na sławę i bogactwo nie każdego stać, a szczęście jest jak woda i każdemu chce się pić. Że nieraz jest go więcej w jednym dobrym słowie niż w całym długim życiu.”*
Czujecie się szczęśliwi, czujecie, że żyjecie tak jak byście chcieli, tak jak sobie zaplanowaliście.
Czy osiągacie wyznaczone cele, podnosicie poprzeczkę, która z dnia na dzień jest coraz niższa, dążycie do tego co na chwilę obecną wydaje się nie możliwe, ale przy odrobinie pracy i własnego wkładu staje się możliwe.
Czy potraficie cieszyć się z błahostek, rzeczy pozornie normalnych, naturalnych, wynikających z dnia codziennego. Czy potraficie się cieszyć zarówno z ciepła, jak i z zimna, słońca i śniegu, z wiosny i zimy?
Czy kiedy problemy się nawarstwiają i czujecie, że nie dacie rady, potraficie spojrzeć na wszystko przez różowe okulary i powiedzieć sobie, to minie, będzie lepiej?

Nie?

Może warto spróbować to zmienić? Ja spróbuje…

ale najpierw zjem sobie michę makaronu z orzechami w rzeczy samej :)



Szpinakowe tagliatelle z orzechami i pietruszką
1 porcja
- makaron tagliatelle szpinakowe ok. 70 g
- garść orzechów laskowych
- łyżka posiekanej natki pietruszki
- pół ząbka czosnku lub czosnek granulowany
- mielona papryka wędzona
- sól, pieprz
- oliwa lub masło
Makaron ugotować al. dente. Orzechy uprażyć w piekarniku lub na patelni teflonowej, pozbawić skórki, posiekać i rozgnieść w moździerzu z dodatkiem czosnku i papryki. Jeśli ktoś chce mocno czosnkowy aromat proponuję dać czosnek świeży, ja wolałam przewagę aromatu orzechowego, dlatego dałam czosnek granulowany.
Makaron odcedzić i wymieszać z oliwą lub masłem. Następnie dodać pietruszkę i rozgniecione orzechy, doprawić solą i pieprzem. Wymieszać.

* Wiesław Myśliwski — Kamień na kamieniu


czwartek, 12 listopada 2009

Favola!

Zdarzyło się Wam oglądać bajki... na randce? ;) Nam tak! ;) Z sentymentem wspominam te dawne, wspólnie spędzone godziny na kanapie. My, a z nami Johnny Bravo i jego lanserski ruch sortującej dłoni, Atomówki z bojową Brawurką, Laboratorium Dextera z rozkosznie dziecinną i głupiutką Dee Dee , Chojrak – tchórzliwy pies i zrzędzący Eustachy ("głupi pies!" ;)). Simpsonowie, z obżerającym się pączkami Homerem, też się zdarzały. To były piękne czasy :) Życie może być bajką tylko wtedy, kiedy sami się o to postaramy.

Bajka na talerzu? Prrrrrroszę!



Kubuś Puchatek i duszone okrutnie warzywa ;)

Bajecznie proste---> wino, zwane białym półwytrawnym, oliwa, bakłażan, zwany oberżyną, tudzież gruszką miłosną, pomidory zwane psianką pomidorem, zwane złotym jabłkiem, zwane jabłkiem miłości, które z punktu widzenia botaniki nie są warzywami, a owocami, bazylea z krzaka zwana bazylią wonną, balsamem, bądź bazyliszką polską i w końcu papryka zielona zwana pieprzowcem wraz z cukinią - dyniowatą krewną kabaczka. Innymi słowy zupełnie nieskomplikowane ;) Zatem: gruszka miłosna najpierw poplastrowana ma do czynienia z solą, co by wydobyć z siebie gorycz i być już łagodnie przyjemną – w smaku, rzecz jasna. A potem niczym wariacja na leczo: rozgrzana oliwa, na nią sruuu papryka, potem koncentrat pomidorowy i białe półwytrawne wespół z resztą towarzystwa. Wszystko radośnie pyrka, dusząc się w swoim towarzystwie, pi razy oczko 20 minut. Na koniec trzeba jeszcze pieprznąć z młynka i przysolić szczyptę, albo i dwie. A na wierzch ujędrniony Kubuś Puchatek (ale bez beczki miodu). I żyli długo i szczęśliwie*




Piernikowo - śmietanowy Scooby Doo

Tutaj przyznam się bez bicia, że zainspirował mnie Dess w swoim komentarzu a propos serdeczności. Miałam też w pamięci piernikowe risotto jakim uraczyła nas (czyli Princess i mnie) - Lipka podczas wspólnego pobytu w Kurniku (ależ to dawno było!).


Tym samym w oczka głowie zrodził się pomysł na śmietanowo – piernikowy sos na słodko. Wszak, skoro długo bywa słono, to czasem można sobie posłodzić ;)
Przygotowanie zupełnie jak bajka - mało skomplikowane. Rondel, w nim śmietana rozrzedzona mlekiem. Ta zawołała do towarzystwa przyprawę do piernika i nieco cukru. Atmosfera w rondlu na ogniu nieco zgęstniała, zatem czas na wymiąchanie z kluchami. A na koniec po wierzchu posypka ze zmiażdżonych... tak, tak! – pierników :) Bajeczna słodycz ;) Tylko nieco niewyględna naocznie ;)


A Simsonów już widzieliście – tam ---> w rosołowej kąpieli ;)



* yyy a tak! to nie ta bajka –--> i smakowali pysznie, o! ;)

wtorek, 10 listopada 2009

Szaleństwo

„- Co to znaczy być szalonym?
- Właśnie. Tym razem odpowiem ci wprost: szaleństwo to niemożność przekazania swoich myśli. Trochę tak, jakbyś znalazła się w obcym kraju- widzisz wszystko, pojmujesz, co się wokół ciebie dzieje, ale nie potrafisz się porozumieć i uzyskać znikąd pomocy, bo nie mówisz językiem tubylców.
- Każdy z nas czuł to kiedyś.
- Bo wszyscy, w taki czy w inny sposób, jesteśmy szaleni.”
*

I ja jestem szalona i to bardzo bardzo, czasem aż za bardzo… W dosłownym tego słowa znaczeniu, choć co ono oznacza? Czymże jest szaleństwo, kim jest człowiek szalony, jak go poznać?
Czy ma jakieś znaki szczególne, czy tak na pierwszy rzut oka możemy powiedzieć: tak, ona jest szalona!
Czy można podać definicje szaleństwa? Szaleństwem może być przecież zakup “zbędnej” (choć moim zdaniem wszystko ma jakiś cel przeznaczenia i jest niezbędne ;) ), a może nienormalne zachowanie?
No dobrze, ale czym w takim razie jest normalność? Według sjp normalność to “życie toczące się według ustalonych, znanych praw i zwyczajów”, ale przecież … no właśnie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a jeśli siedzi się niewygodnie można osądzać i przesądzać bardzo nieprzychylnie…

Tak naprawdę nieważne co znaczy szaleństwo, kogo można uznać za szalonego lub normalnego, ja chcę być szalona i za taką będę siebie uważać…dlaczego? Bo szaleństwo ma w sobie coś ekscytującego, tajemniczego, pociągającego, a normalność jest taka normalna…

Lubię szaleć wszędzie, cokolwiek to oznacza ;)


*P.Coelho, Weronika postanawia umrzeć


A wiecie gdzie bardzo lubię “szaleć”? A no w kuchni, tworząc i eksperymentując, łącząc składniki, które dla większości są nie do połączenia…



Orzechowa soba z kurczakiem i mozzarellą
1 porcja
70 g makaronu soba
kilka orzechów włoskich, obranych ze skorupki
mozzarella (ok. 30 g)
podudzie z kurczaka lub inna jego część
świeża bazylia
sól, pieprz, czosnek granulowany
Makaron ugotować al dente. W międzyczasie mozzarellę pokroić w kostkę. Orzechy rozgnieść w moździerzu. Mięso obtoczyć w ulubionych przyprawach ( u mnie przyprawa złocista do kurczaka) i usmażyć, by był rumiany. Usunąć kość i pokroić w mniejsze kawałki.
Bazylię posiekać.
Makaron odcedzić i wymieszać z pozostałymi składnikami. Przyprawić solą, pieprzem i czosnkiem do smaku.

poniedziałek, 9 listopada 2009

"Następne 365"

Lecim dalej z listopadową Panią. Tym razem na tapecie felieton pana C.

"Mam nadzieję, że uda mi się przeżyć następne 365 dni w taki sposób, jakbym patrzył na wszystko po raz pierwszy. Chciałbym spojrzeć na otaczających mnie ludzi przyjemnie zaskoczony, cieszyć się, że są obok i dzielą się ze mną miłością, o której wszyscy nieustannie mówią, nie rozumiejąc, co tak naprawdę znaczy. (...) Przez 365 dni będę zachowywał się tak, jakbym widział wszystko po raz pierwszy – mam na myśli szczególnie drobne szczegóły, które kiedyś wydawały mi się magiczne, ale dawno o nich zapomniałem. (...) Tyle jest rzeczy na świecie, tyle dróg, którymi można iść, tyle drzwi, które można otworzyć i zamknąć. (...) Chciałbym dostrzec tajemnicę w rzeczach, które dobrze znam: moim łuku i strzałach, kubku, w którym piję kawę, i butach, które nosiłem tak często, że przyrosły prawie do moich stóp. Oby wszystko, czego dotkną moje ręce, i wszystko, na co spojrzę, było czymś nowym. Znane mi przedmioty przestaną być martwe, staną się czymś fascynującym i wywołają we mnie nowe uczucia. Chcę spojrzeć na słońce, tak jakbym widział je po raz pierwszy (jeśli jutro pojawi się na niebie), albo na zachmurzone niebo, jeśli taka będzie jutro pogoda. Nad moją głową rozpościera się niebo, które ludzie obserwowali przez tysiąclecia, wymyślając różne teorie na jego temat. Zapomnę wszystko, czego nauczyłem się o gwiazdach, zamienią się one w anioły albo małe dzieci, albo w coś, co objawi mi się w owej chwili. Świadomość upływu czasu i życia sprawia, że traktujemy to, co się dzieje, jak coś oczywistego. A ja potrzebuję tajemnicy – chcę usłyszeć grzmot i wierzyć, że to głos wściekłego boga, a nie wyładowanie elektryczne w atmosferze. Chcę, aby w moim życiu pojawiła się magia, wściekły bóg jest bardziej interesujący i przerażający niż niezwykłe zjawiska atmosferyczne. Chciałbym przez każdy z tych 365 dni patrzeć na swoje ciało i duszę tak, jakbym robił to po raz pierwszy. Będę się przyglądać ludziom, którzy spacerują, rozmawiają i odczuwają tak jak inni, chciałbym poczuć zdziwienie, przyglądając się najprostszym gestom." *

O Paulo Coelho zwykło mawiać się, że to taki literacki szarlatan, który pakując w swoich książkach mnóstwo mądrości i rad, tak naprawdę wcale nie sili się na wyjątkowość, Ba! Wręcz przeciwnie – poddają go nawet twierdzeniu, że w zasadzie plagaituje. Nie wiem, nie znam się – do tej pory przebrnęłam tylko przez "Alchemika". Nie mam zatem wyrobionego zdania, choć planuję przyjrzeć się temu z bliska, naocznie – samej ślizgając się po literkach. Ale co w związku? Ano! Film właśnie jest w kinach - o Weronice (zaadaptowana "Weronika postanawia umrzeć" ** – wspomnianego pana C.). I tutaj stanowczo przyznam, że warto, nawet dla samej muzyki – zwłaszcza tej fortepianowej. I dla zdania (parafrazuję nieco, bo nie pamiętam dokładnie): "moje kłamstwo pozwoliło jej w końcu uwierzyć, że każdy nowy dzień można traktować jako cud, którym w istocie jest."




Alfredo i jego fettucine
(Fettucine all’Alfredo – "Viva la pasta", s.46)

Rondel z grubym dnem to podstawa! W tejże podstawie wypadałoby roztopić masło (8dag), do masła wrzucić starty parmezan (12dag) i śmietanę (22-30 %, szklanica). Zagotować i pozwolić atmosferze w rzeczonej wyżej podstawie zgęstnieć. Może to potrwać pi razy oko 10 minut. Potem wpada zielona pietrucha, sól i pieprznięty. I w takim stanie miesza się ujędrnione fettucine (na upartego i tagliatelle może być.)


* miesięcznik Pani, listopad 2009
** Zdaje się, że Princess jest świeżo po lekturze książki, zatem pozwoliłam sobie bezczelnie na uzupełnienie. Najwyżej zdzieli mnie koronną poduchą po łbie ;)P

sobota, 7 listopada 2009

Lekcja polskiego

Monika Piątkowska w listopadowym felietonie Pani - "Życie jako instrukcja obsługi", próbuje przekonać, że wcale tak nie jest źle z naszym narodowym czytelnictwem, bo przecież - stwierdza dalej (nieco ironicznie), że wciąż ślizgamy wzrokiem po literkach. Począwszy od składu masła, przez opakowanie z jajkami od kury niewolnicy, by skończyć na postawieniu sobie diagnozy lekarskiej ;) Chętnie dałabym Wam do przeczytania tekst, ale Pani niestety nie zdecydowała się na publikację, w sieci akurat tego felietonu. Wszystkie inne są, ale ten – nie wiedzieć czemu – nie. No nic, trudno. Bo tak właściwie to ja o książkach chciałam. Wszak rzucił mi się w oko kolejny artykuł w rzeczonym miesięczniku – "Spis treści" się nazywa. Spowiadani: Juliusz Machulski, Maja Ostaszewska i Leszek Możdżer* (gdyby nie fakt, że nie mogę być rozrzutna, to w tym miejscu chwaliłabym się, że nie dalej jak 2 tygodnie temu byłam na jego koncercie. Ale jako że nie byłam, to pozostaje mi tylko ubolewać nad tym faktem ;)) Do rzeczy jednak – "Spis treści" lotem błyskawicy skojarzył mi się z "Cieniem wiatru" Zafona ("czytać to bardziej żyć, to żyć intensywniej" i "niewiele rzeczy ma na człowieka tak wielki wpływ jak pierwsza książka, która od razu trafia do jego serca")
Machulski, Ostaszewska i Możdżer: trzy różne osobowości, trzy różne upodobania, trzy różne spojrzenia na to, czego się szuka w książkach. Jeden motyw wspólny? A jakże! - jest (że się znowu posłużę Zafonem) - Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie.
Co ciekawe, do różnych książek podchodzimy różnie, ba! Nawet do samego autora. Na ten przykład "Spóźnieni kochankowie" Whartona. Czytałam ją po raz pierwszy jako nastolatka i byłam zachwycona. Kiedy jednak powróciłam do niej po 10 latach, okazała się banałem, historią za bardzo wyperfumowaną, lekko niestrawną nawet. Fakt ten jednak wcale nie prowadzi jeszcze do stwierdzenia, że nie powinno się wracać do przeczytanych książek. Czasem warto, bo można odkryć coś nowego. U mnie tak jest z "Grą w klasy". Kto czytał historie kuchenne, ten pewnie pamięta wypisywane cytaty. Tak! Mogę powiedzieć, że to moja ulubiona książka. Trafiła mnie, jak deszcz z bezchmurnego nieba. Na tyle, że czytam ją co jakiś czas. I to nawet nie od strony pierwszej do ostatniej. Bynajmniej! – sam Cortazar tego nie proponuje. Otwieram dajmy na to jeden rozdział i zachwycam się kunsztem języka gliglińskiego (tłumacz musiał mieć ubaw), przeskakuję na inny, a tam – dialog hiszpański. Jeszcze inny zmusza mnie do czytania co drugą linijkę. Ach ta Rayuela – gra (sic!) sobie ze mną jak chce ;)
Mam tylko z tym nie lada problem. Jaki? Przecież skoro zachwyca, to co jest nie tak? Otóż! Byłam ostatnio w bibliotece. Szukałam Zafona, ostatecznie wyszłam z Mendozą, ale... uprzednio omiotłam dokładnie półkę wzrokiem. Cortazar! Stało w rządku kilka innych książek oprócz "Gry..." I wiecie co? Nie miałam odwagi wziąć ze sobą żadnej. Chyba się boję, że może upaść mit Rayueli ;) Chyba jeszcze nie czas na to :)



Lekcja polskiego - kapusta głowa pusta i łazanki

Najlepsza mówi, że kapustę z łazanki zwykła robić następująco: najpierw poszatkowaną kapuścianą głowę obgotowuje. A dopiero później dodaje nieco tłuszczu, namoczone i pokawałkowane grzyby suszone, przyprawy (majeranek albo zioła prowansalskie, liść laurowy, ziele angielskie, sól i pieprzniętego) i gotuje. Pod koniec dorzuca omdlałą cebulinę, a potem ujędrnione łazanki i chwilę jeszcze warzy na gazie.
Kluchy z okazji II edycji zabawy "Gotujemy po polsku", którą organizuje Kuchnia Ireny i Andrzeja, a patronuje serwis zPierwszegoTłoczenia.pl.



* Lesiu w rzeczonym artykule stwierdził: "Dla mnie uprawianie literatury to zachwycanie się rzeczywistością" i dalej dopowiada jeszcze, że "intryguje go sztuka zawarcia w kilku słowach sedna rzeczy, to że u mistrzów jeden wyraz potrafi oddać kolor i smak"
No ładnie, mnie też :)


Uwaga!! Jeszcze jedno z innej beczki, bo (tutaj)Briczka się groźnie patrzy ---> potrzebna pomoc dla stoczniowych futer! (wszystko tutaj)



Gotujemy po polsku! - edycja II