środa, 30 września 2009

3 x Z

Nie lubię być przypierana do muru.
Nie lubię czuć nacisku, że muszę coś zrobić, że jak czegoś nie zrobię to coś tam.
Wtedy zamiast wkładać w wykonywanie zadanie serce, robię to na odwal się. Nie mam motywacji, nie chce mi się, bo wiem, że to nie jest moja dobra wola, a nacisk z zewnątrz.
Zwykle wtedy się spieszę, nie zwracam uwagi na szczegóły, ważne jest wtedy, żeby to zrobić i mieć święty spokój.
Zupełnie jak na studiach, gdy musiałam nauczyć się czegoś co mi zupełnie nie odpowiadało. Stosowałam wtedy technikę 3Z- Zakuć, Zdać, Zapomnieć...
W życiu też często stosuję zasadę 3Z, choć ma ona już inne rozwinięcie...
Może i jestem dziwna, ale by wykonać coś dobrze, muszę włożyć w to część siebie, a abym mogła włożyć w to część siebie, muszę mieć na to ochotę...
A teraz nie mam ochoty na nic, nawet spać nie mogę, a tyle muszę zrobić.
I nawet Oczko tupnęło nóżką, i nawet Oczko mnie przyparło do muru, więc by nie robić ludziom więcej przykrości i mieć czyste sumienie pojawiłam się dziś tu...,
z Hirkiem oczywiście...,
i pragnę polecić wam...makaron oczywiście.
Tak jak już obiecałam Majance, będzie tricolore, a z myślą o fochującym Oczku- łosoś...
...A z myślą o mnie- proste, szybkie i smaczne :)
Taki ot kolorowy makaronik na Dzień Chłopaka :)
A wszystkim Chłopcom życzę dużo...(dokończyć proszę samemu) :)




Penne Tricolore z łososiem i koperkiem

1 porcja
70g makaronu penne tricolore (lub innego)
łosoś wędzony- 30-50 g
2 łyżki posiekanego koperku
pół małej cebulki
pół ząbka czosnku
masło lub oliwa
świeżo zmielony czarny pieprz, odrobina soli
kilka kropel soku z cytryny
Makaron ugotować al dente. Odcedzić i odstawić na bok.
W czasie gotowania makaronu posiekać cebulę i czosnek, a następnie zeszklić na odrobinie oliwy lub masła. Pod koniec smażenia dodać pokrojonego w mniejsze kawałki łososia, skropić cytryną, zamieszać i zestawić z ognia. Na patelnię wrzucić makaron, dodać koperek, pieprz i odrobinę soli i dokładnie wymieszać.
Przełożyć na talerz.

sobota, 26 września 2009

Dzień dobry, my w sprawie jesieni ;)

Jeśli ktoś nie zaspał i jest na bieżąco z kalendarzem to wie już, że mamy, uwaga: tratata! kalendarzową jesień. Heh, głupio się przyznać, ale mnie to akurat zaskoczyło. Chyba tracę rachubę dni – zdaje mi się. Na całe szczęście jednak, mamy piękne lato tej jesieni, wobec tego nawet nie w głowie mi spadające liście. Chociaż... spadające kasztany to i owszem. Noszę więc dwa w torbie, zaś trzy inne oddałam pewnemu Małemu Mężczyźnie :)
Ale od liści i tak się nie uchronimy. Marzy mi się spacer po lesie i zbieranie grzybów. A liście?


Póki co, zbieram z talerza – widelcem ;) Razem z jabłkami. Ciekawe czy te też same spadły z drzewa, czy może ktoś im pomógł? ;) Aha! Bajdełejem - obserwuję wzmożony ruch na trasie trawnikowej – to jeże uskuteczniają wycieczki. Ale jabłek nie noszą na tych swoich igiełkach. Ciekawe dlaczego? – przecież w książkach zawsze tak było ;)

Liściasty jabłecznik z karotą

Jak mus, to... mus! ;) Najlepiej z jabłek, skoro Tatter ogłosiła ponownie ich dzień. Ojjjj pamiętam ci ja – w tamtym roku była zapiekanka ryżowa i zapiekane jabłko dziane żurawinką. Dzisiaj musowo kluchy! ;) Ujędrnione na jesiennie – bo liście mi spadły do rondla. A ten mus? Starte jabłko pyrkało z kapką wody i białego półwytrawnego do miękkości razem ze startą karotą (bo u Olciaky impra jest ;)). Potem jeszcze dostało rodzynki (sparzone we wrzątku) i uprażone płatki migdałowe.



Princess, a co Ty tam masz? ;)

A wiecie co na to Princess? Stwierdziła, że jej się upiecze i poszła na imprezę oblewać Dzień Jabłka. No i upiekła, a ściślej mówiąc – zapiekła kluchy i zniknęła. Chochlik miał ubaw ;)


Zapiekany makaron z jabłkami (na 1 kokilkę)

30 g makaronu orzo
pół jabłka
jajko lub samo białko
łyżka jogurtu naturalnego
cukier waniliowy
cynamon
orzechy laskowe (sztuk 2 ;))

Makaron ugotować (ma być lekko twardawy, bo jeszcze dojdzie w piekarniku). W tym czasie jabłko umyć i zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Jajko rozbełtać z jogurtem cynamonem i cukrem waniliowym. Orzechy uprażyć na patelni pozbywając się skórki.
Kokilkę wysmarować masłem. Na dno ułożyć warstwę odcedzonego makaronu, na to starte jabłka wymieszane z cynamonem, na to kolejna warstwa makaronu. Wszystko zalać masą jogurtowo-jajeczną. Zapiekać ok. 20-30 min w 180 stopniach (uważać, bo masa rośnie, nie wiedzieć czemu i ucieka z kokilki). Na koniec przyozdobić orzechami. Jeśli ktoś lubi bardzo słodkie dać więcej cukru.

piątek, 25 września 2009

Prawie jak intelektualistka ;)

Ha! Teraz widzę więcej, lepiej i wyraźniej. Przejrzałam na oczy ;) Moi nowi przyjaciele pokazali mi szersze spojrzenie na wszystko wokół, a nawet na to, co w oddali.


Nadchodzi nowa jakość. Dlatego uwaga: cytat! ;) Wywiad w gazecie* z Joanną Trzepiecińską (jak ktoś oglądał kiedyś „Rodzinę zastępczą”, to powinien kojarzyć Alutkę)

„Zawsze z optymizmem patrzyłam na świat. Trzeba wierzyć w siebie, walczyć o szczęście, cieszyć się chwilą, wszystkimi małymi , codziennymi sprawami. Moje życie porównuję do podróży. Fascynującej, choć nie zawsze łatwej. Uważam, że wszystko co nam się zdarza, ma swój głęboki sens. Nawet te zakręty, które często bardzo bolą. Łatwość osiągania sukcesów niejednokrotnie prowadzi do frustracji, niepowodzenia zaś mobilizują do pokonywania słabości”


Karota z lekka orientalnym anturażem

Imbir! Imbir dobrze byłoby, gdyby się posiekał. Możemy mu pomóc, jakby co. Takoż i zęby czosnkowe. A w rondlu bliskie spotkanie z zieloną pastą curry. A potem jeszcze sruuuu: cebulina – w kawałkach, karota w płatkach (albo starta naocznie przez tarkę) i cukinia – ta w plasterkach, kawałkach, sześcianach – jak kto woli. Wszystko się podsmaża na mięczaka, potem miesza w tłumie z makaronem soba, doprawia pieprzniętym z młynka, sojowym z butelki i sypie dymką z sezamem (ten ostatni pracuje tutaj na czarno ;)). Włala!


* ponieważ udaję intelektualistkę, która czyta tylko poważne artykuły w „Polityce” i przegląda tylko dobrze i z polotem zrobione zdjęcia w „Kuchni”, wcale nie przyznam się, że wywiad został opublikowany we wrześniowych „Dobrych Radach”, które kupiłam, aby zabić nudę w busie podczas jazdy na trasie L - L ;)




To u Olciaky

czwartek, 24 września 2009

3 w 1

Nie, nie nie! To nie jest reklama szamponu, ani żadnego zmywacza mejkapu, który ma w sobie cudownym sposobem działanie mleczka, toniku i kremu. Tu chodzi o coś znacznie poważniejszego! O strawę dla ciała! O trzy smaki w jednym. Podczas blogowych wojaży, jeszcze za czasów istnienia historii, wpadło oczku w oczko to tutaj (klik, klik! ;)).


Hmmm, co my tu mamy: ciecierzyca, makaron, sos tomatny. Na samą myśl zrobiłam się głodna. A później o tym zapomniałam. A potem zmienił się laptop, wszelkie zakładki, a w nich ulubione sznurki z przepisami szlag trafił, ale w głowie wciąż dźwięczało jakże piękne zdanie „pasta e ceci”. Google Twoim przyjacielem, zatem... ;)


Przepis odnalazł się na nowo, wygrzebany z czeluści internetu. Przy okazji mogłam przetestować, jak się sprawuje białe półwytrawne w sosie. Przyznam całkiem nieźle – tylko trzeba uważać, co by nie wlało się go zbyt dużo. Warto też dać ździebko cukru. Aha! W kwestii ciecierzycy – żadne tam puszki, uznaję li tylko gotowaną (i wcale nie trwa to 1,5 godziny, porządnie wymoczona przez całą noc wymaga góra półgodzinnego ukropu). Reszta jak w sznurku, czyli: osobno ujędrnianie makaronu – tutaj: ditalini cudowny łup jeszcze z czasów śródziemnomorskiego prażenia maltańskiego (w makaronach uwielbiam właśnie to, że można je w postaci suchej tak długo trzymać beż żadnej dla nich szkody).


Ugotowana ciecierzyca zgodnie łączy się z gotowym już tomatnym i kluchami. Bossssski smak! Princess zakasuj rękawy, to bankowo coś dla Ciebie ;)


najlepsze 2009

środa, 23 września 2009

Oszustwo

Coco Chanel zwykła mawiać: „Jestem kłamstwem, które mówi prawdę”. Czerń i biel. Też tacy bywamy. Też kłamiemy, oszukujemy, chcemy wyciągnąć coś dla siebie - jakby nie zauważając, że każde działanie zawsze ma jakiś skutek. Czerń i biel pomiędzy łączy się z całą paletą szarości – zatem: półprawdy jeszcze, byle tylko wyjść na swoje. Kłamstwo ma jednak krótkie nogi – zdoła wyjść na jaw. Tak jak było z tym makaronem – kłamstwo, które mówi prawdę. Co my tutaj widzimy?


Wieeeeeelki napis „caffe”, kolor kluch też owe „caffe” gorąco obiecuje. No i dobra! - pełni entuzjazmu otwieramy paczkę i coś nam tutaj bruździ – zapach niby „caffe”, ale jakby nie do końca – półprawda, czy może autosugestia? To może zabawmy się w detektywa – patrzymy raz jeszcze na paczkę i przechodzimy na jej spowiedź zwaną składem i co tam się pyszni?! Ha! Kakao!* Coco miała rację – caffe kłamstwo powiedziało prawdę o kakao. I po małej czarnej obeszliśmy się li jedynie smakiem?
Spotkał nas zawód? To może zamieńmy go na dobrą monetę. Toskańczyk Miriano Baldini ma na to dobry pomysł. Twierdzi, że tak barwiony makaron „będzie miał lekko gorzkawy posmak, dlatego w tym miejscu trzeba koniecznie sięgnąć po jeden z najłagodniejszych, niemal słodkich sosów.”** Gorycz zamienić w słodycz – to jest myśl!


Kawowe (kakaowe ;)) pappardelline w toskańskim sosie z suszonych pomidorów ***

Na oliwę wpada: papryczka chili (tutaj w wersji płatków), ząb czosnkowy, zielona pietruszka i suszone tomaty z zalewy pokrojone w paski (3-4 sztuki na osobę). Kiedy czosnek szykuje się do rumieńców, uprzedzamy go wlaniem śmietany (rozrzedzoną kapką mleka – jak ktoś woli mniejszą gęstość). Na koniec doskakuje jeszcze bazylea z krzaka – dość niedbale porwana. Wtedy do sosu wpada kłamca makaron i obtacza się bezczelnie. Na koniec obsypuje się jeszcze grana padano. Czy ktoś na sali ma orzechy piniowe? Jeśli ma, to niech też sobie sypnie, ja nie mam, więc udaję, że wcale, a wcale ich nie potrzebuję.
Kluchy w takim sosie smakują wybornie :)


* dopiero jeśli się przyjrzy lepiej etykiecie, wszystko staje się jaśniejsze. Teraz robimy klik na zdjęcie. Co tam mamy? Wersja składu dla Polaków: mąka z pszenicy durum (semolina) 85,62%, kakao w proszku 9,25%, kiełki pszeniczne, cukier
Wersja dla: Włochów, Anglików, Niemców, Francuzów i Hiszpanów (pod polską naklejką) ---> mąka z pszenicy durum (semolina) 75,50%, kawa 21,14%, kiełki pszeniczne 3,02%, aromat 0,34%. Poza tym tamci dowiadują się, że w zakładzie produkuje się coś z glutenem, jajkami i rybami. Polski importer jakoś nie uważał za stosowne powiadomić o tym fakcie polskiego konsumenta. Hmmmm....


**, *** Miriano Baldini – „Kuchnia Miriano”, s.102-103

wtorek, 22 września 2009

Łosiu w winie :)

Ptaszysko w różowym bereciku wywołało duże poruszenie.
Bidak nie wie co się dzieje. Wszyscy o nim gadają, a on tylko grzecznie ciągle je lub siedzi cicho na swym honorowym miejscu, skąd obserwuje wszystko i rozmyśla o... jedzeniu ;)
No jak tu takiemu jeść nie dać, skoro ptaszysko ciągle głodne.
Serca nie mam mu odmawiać, sama wolę nie jeść, a mu dać.
Cholera ze mnie, ale z dużym serduchem, ukrywać nie będe.
Hirek chce kluchy, to i kluchy dostanie. Taką dugą drogę do mnie przebył i to w kartonie wśród jakiś papierów, więc niech sobie to odbije i od stresuje dobrym żarełkiem. A że Hirkowi posmakował ostatni makaron z łosiem, to postanowiłam dać mu coś podobnego, ale zupełnie innego. Na ten przykład też makaron z łosiem, ale i z groszkiem i pietruchą w delikatnym winno-śmietanowym sosie :)



W sumie to nie był najlepszy pomysł. Bo tak mu te kluchy posmakowały, że od patelni nie mogłam go odciągnąć i ledwo uratowałam odrobinę do zdjęcia....
A Hirek jakby nigdy nic siedzi teraz i udaje, że .,,”nic nie wie, nie zna się, zarobiony jest” ;p



Chifferi z łososiem i groszkiem na winie
1 porcja
70g makaronu, najlepiej krótkiego, u mnie kolanka
łosoś wędzony, ok. 30 g
garść zielonego groszku, u mnie mrożony
mała cebulka, pół ząbka czosnku
pieprz, sól
masło/oliwa
wino białe
śmietanka
łyżeczka posiekanej natki pietruszki

Makaron ugotować al dente. Po koniec gotowania, tak na 2 minuty przed wyłączeniem palnika, wrzucić groszek.
Cebulkę i czosnek obrać i posiekać. Zeszklić na maśle/oliwie. Podlać winem, chwilę dusić i dodać śmietankę, a po chwili łososia i odcedzony makaron z groszkiem. Wymieszać doprawić solą i pieprzem. Wyłożyć na talerz i posypać pietruszką.

poniedziałek, 21 września 2009

Od ser...ca

Tak się właśnie powinno gotować – jeśli nie dla kogoś, to przynajmniej dla siebie. Siedzisz i oglądasz ser-ial, albo... ser-fujesz? A w brzuchu Ci burczy niemożebnie? Nic tu po Tobie, wstań od tego kompa, wyłącz telewizor i chodź do kuchni! Albo nie! Nie wyłączaj, bo tam spędzisz tylko chwilę. Jedni ujędrniają ciała i fundują sobie ser-um, Ty będziesz ujędrniać makaron ;) Niech to będzie spaghetti.


Zostaw je w ukropie pierwszego rondla i zapomnij o nich na jedną gorącą chwilę. Tymczasem zainteresuj się rondlem sąsiednim. Tam pozwól na zabawę pokawałkowanych gruszek z bulionem i białym winem. To duszenie niech sobie trwa 10 minut. Potem zabierz gruszki, a płyn pozostaw – jeszcze się przyda. Teraz czas na patelnię z oliwą, które wespół będą rozmiękczać czerwoną cebulinę. Potem dorzuć przeprasowany ząb czosnkowy, orzechy italiańskie, oregano, kapkę soku z cytryny i gruszki. Tego gruszkowego płynu też możesz wlać, a co sobie będziesz żałować! A na koniec, niech niby mimochodem, wpadnie jakiś pleśniak – lazur, roquefort, gorgonzola albo stilton. W takim serowym sosie, pieprzniętym i przysolonym wymieszasz spaghetti. Teraz otwórz szafkę, weź jeden talerz z całego ser-wisu, a na nim pozwól, by kluchy utworzyły smaczną ser-pentynę. A po konsumpcji, wycierając usta ser-wetką wcale nie musisz śpiewać ser-enad ani arii. Wystarczy, że sobie powiesz – „smaczna była ta kluskowa chwila od ser-ca dla żołądka” ;)


(przepis „Makaron”; seria „Biblioteka Smakosza”, s.228)
Może Przytulanka przymknie oko na moje spóźnienie ;)

Say Cheese

niedziela, 20 września 2009

Niespodziewajki- spodziewajki :)

Środa...ot niby zwykły dzień. No dzień jak co dzień.
Wstajemy „rano”, myjemy ząbki, jemy śniadanko, (najlepiej jak znów umyjemy ząbki) i robimy to co mamy zrobić lub po prostu nic nie robimy, bo nie musimy, bo się nam nie chce, bo...
Ja miałam środę zaplanowaną od góry do dołu lub jak kto woli od dołu do góry.
Najpierw siłownia co by spalić ciasteczkowy napad,
później spacerkowy sprint na uczelnie,
a wieczorem ...no nieważne co wieczorem, coś było ;)
Ale plany się pogmatwały i to w sposób niezwykle miły. W mojej skrzyneczce na listy i inne bzdety typu reklama telepizzy znalazłam dwie niepozorne karteczki, dwa awiza...Bez zastanowienia śmignęłam na pocztę, bo się domyślałam co tam do mnie przybyło i jaka ważna osobistość na mnie czeka. Z poczty, z dwoma przesyłkami migiem ruszyłam do domu, by otworzyć te paczuszki...
...a tam...
...w jednej był makaron co długą i zawiłą podróż przebył, ale dotarł i już go prawie nie ma, bo nie dość, że smaczny to i podobno zdrowy. Ot takie Fusilli z quinoa od Desmonda :) Dziękuje :*
...w drugiej, wśród mieszanki różnistych makaronów, zatopiona w rozmyślaniach wyjawiła się głowa Hirka...Bidak nie dość, że zmęczony podróżą, przerażony i stęskniony za Oczkiem, to jeszcze w nowym miejscu, spragniony jakieś zupki i ciepłego posłanka... Niestety Hirek z zupnej diety na makaronową musi się przerzucić, a tęsknotę za Oczkiem schować w kieszeń...choć w sumie mu się dziwię, przecież on bity u niej był ;p i noga mu się coś rusza, i na łepku ma wielkiego guza (już wiecie czemu ostatnio ciągle w berecie chodził ;) ).



No nic, dość ględzenia i dziękowania (jeszcze raz wam dziękuje kochani :* ) tylko przejdźmy do meritum sprawy, czyli makaronu quinoa z grillowaną cukinią i wędzonym łososiem :) Hirek podobno lubi takie smaki :)



Makaron z wędzonym łososiem i grillowaną cukinią
1 porcja
70 g makaronu Fusilli quinoa
1 mała cukinia
pół ząbka czosnku
20 g wędzonego łososia
ser feta
posiekana bazylia, pietruszka i szczypiorek
oliwa
pieprz
Makaron ugotować ale dente. W międzyczasie na odrobinie oliwy zeszklić zmiażdżony czosnek i dodać łososia, pokrojonego na kawałki. Wymieszać i zdjąć z ognia.
Cukinię umyć, odciąć końcówki i pokroić na plasterki. Oprószyć solą i położyć na patelni grillowej posmarowanej oliwą. Grillować kilka minut z każdej strony, aż cukinia pokryje się ciemnymi paskami.
Makaron odcedzić, wymieszać z oliwą i ziołami. Dodać łososia, cukinię i ponownie wymieszać. Posypać pieprzem i pokruszonym serem feta.

Inspiracja

Say Cheese

sobota, 19 września 2009

SER - deczności ;)

Przyjmowanie komplementów to sztuka. Co robisz, kiedy ktoś mówi Ci miłe słowa o Tobie? Uśmiechasz się potwierdzająco i dziękujesz, czy może negujesz, myśląc sobie, że ktoś chce Ci zrobić przyjemność na siłę? Zwłaszcza wtedy, kiedy w Twoim życiu pojawiają się zawirowania i nic nie jest takie, jakim powinno być. A gdyby tak uwierzyć, że pomimo wszystko, ktoś widzi w Tobie nie tylko wady, ale i zalety? Trzymam przed sobą kartkę, którą dostałam jakiś czas temu, jest zatytułowana „podoba mi się”, czytam z niej między innymi, że mam fantastyczną figurę, że potrafię być troskliwa, że kiedy jestem wesoła, to nie uśmiecham się tylko twarzą, ale całą sobą.
Czytam ją sobie od czasu do czasu, by uwierzyć, że pomimo wszystko, w każdym z nas drzemie coś dobrego.




Serdeczne w serowym sosie (inspiracja „Makarony i kluski”, seria „GoodFood magazine”, s.88)

Serca już się gotują w ukropie, zatem czas na sos. Rondel, a w nim mleko i camembert – aż do rozpuszczenia tego drugiego. Chwilę później na zatopienie się w sosie (przyprawionego pieprzniętym i chili w płatkach) czeka już niecierpliwie kukurydza z brokułami. A kiedy pojawią się ujędrnione serca... można łapać za widelec. Serdecznie! ;)



Say Cheese

piątek, 18 września 2009

Cheese :)

Wczoraj Oczko zarzuciło tematem serowym. Coś tam niby napomknęła, niby mimochodem,
że tu sera mało,
że tak nie może być,
że przecież zabawa serowa u Przytulanki,
że się obijamy i nic nie pokazujemy...
...pokazywać za wiele nie mam zamiaru, ale makaron z serem czemu nie?
Toć przecież i makaron i ser bardzo lubię, a jak razem się tulkają na talerzu, razem z bobem i brokułami to już bomba na całego.



Szybko, prosto i na temat, makaronowo-serowy temat rzecz jasna ;)
Nie ma to tamto i ser i makaron i jeszcze trochę zielonego, bomba, mówię wam ;)



Makaron z brokułami, bobem i fetą
1 porcja
70 g makaronu, najlepiej krótkiego
kilka różyczek brokuł
garść mrożonego bobu
garść posiekanej bazylii (u mnie trochę suszonej i trochę świeżej)
ser feta
świeżo zmielony pieprz
pół ząbka czosnku
Makaron ugotować al dente (u mnie mieszanka Dischi, Rotelle, Chiocciole, meduz).
W czasie gotowania makaronu czosnek posiekać i zeszklić na maśle. Bób i brokuły ugotować- mają być lekko twarde.
Fetę pokroić w kostkę lub rozkruszyć w palcach.
Makaron odcedzić, wymieszać z czosnkiem, warzywami i bazylią. Posypać pieprzem i fetą.


Say Cheese

czwartek, 17 września 2009

Lekcja pływania...

...makaronu w zupie ;) Do talerza z bulionem wpadło abecadło ;)



A potem jeszcze do jagodzianki. To proste – woda, jagody, trochę cukru trzcinowego, kora cynamonu i kilka goździków. I niech się warzy trochę, a potem niech jeszcze wymerda ze śmietaną. I już można czytać podczas wiosłowania łyżką ;)



Aaaaa! Zapomniałabym ---> Simpsonów pewnie znacie z telewizora. A czy wiecie, że oni lubią rosół? ;)




środa, 16 września 2009

Krótki przegląd sensów

Truskawkowa Ania napomknęła, że brakuje jej przeglądu prasy. Ostatnio sama mam zaległości, bo nie kupuję niczego. Wręcz przeciwnie – ostatnio znajduję nowych właścicieli dla moich rzeczy. Tak na ten przykład jest z książkami, albo z... A nie! nie powiem z czym, może ona się sama pochwali ;)

Tymczasem, skoro o prasie mowa ---> Artur Barciś na pewno nie należy do moich ulubionych aktorów. Charakteryzuje się nieco podłą fizjonomią małego chłopca, z drażniącym uszy głosem. Ale czyta się go o wiele przyjemniej. Jak na ten przykład w jednym z wywiadów:

„Pieniądze nie mogą być sensem życia. (...) Nie chcę, by zabrzmiało to banalnie, lecz dla mnie sensem życia jest rodzina. I miłość – nie potrafiłbym żyć bez miłości. Człowiek, który nikogo nie kocha, jest strasznie ubogi. Bardzo też potrzebuje, by jego ktoś kochał. Najgorsza jest samotność.”


Słodkie koktajle z długimi kluchami (przepis z książki „Łatwa kuchnia włoska” – Aldo Zili)

Na rozgrzanej oliwie mięknie (ale nie robi się na brąz, o nie!) cebulina. Chwilę później pojawiają się jeszcze przeprasowane zęby czosnkowe, koktajlowe tomaty i bazylea z krzaka. Wszystko smaży się pi razy oko 10 minut. Potem do akcji wkracza drewniana łyżka i bezczelnie swoim grzbietem rozgniata koktajle. Znowu chwila zapomnienia, a po niej pojawia nieco pieprzniętego, sól i cukier trzcinowy (dla równowagi). A obok już czeka ujędrnione spaghetti. Wszystko razem pozwala obsypać się parmezanem.

wtorek, 15 września 2009

Eksplozja

Nie ma to jak szybki i smaczny makaron po ciężkim dniu.
Ostatnio stwierdziłam, że makaron jest cudnym produktem, gdy człowiek chce sie szybko, dobrze i smacznie najeść.
Wystarczy tylko ugotować makaron i trochę inwencji twórczej.
A ile zajmuje gotowanie makaronu? 8 minut? Nie więcej. W tym czasie można zrobić jakiś prosty sosik do makaronu z tego co mamy w lodówce lub szafkach.
Odrobina dobrych chęci, jakiś pomysł, inspiracja i tworzymy, kreujemy, eksperymentujemy co nam smacznego wyjdzie. Oczywiście, że smacznego, innej wersji w ogóle nie zakładam. Zwłaszcza jeśli lubi się sam makaron!
Ja też dziś eksperymentowałam, a inspirowałam się przepisem Asi z Kwestii Smaku.



Tu i ówdzie podmieniłam składniki, dodałam coś od siebie i wyszła bomba! Proszę nie wzywać saperów! Ta bomba nie wybucha, no dobra jest mała eksplozja, ale smaku ;)



Pappardelle ze szpinakowym pesto, jajkiem i oliwkami
1 porcja
• 70 g makaronu pappardelle
• 100 g szpinaku (u mnie mrożony)
• jajko ugotowane na twardo
• kilka czarnych oliwek
• ząbek czosnku, pokrojone w plasterki
• łyżka oliwy i łyżka wody z gotowania makaronu
• gałka muszkatołowa, sól i świeżo zmielony czarny pieprz
• parmezan do posypania
Makaron ugotować ale dente. W czasie jego gotowania na maśle lub oliwie zeszklić czosnek, wrzucić szpinak i rozmrozić go na małym ogniu. Dodać gałkę, trochę soli i pieprzu. Oliwki pokroić w obrączki, a jajko w kostkę.
Szpinak zmiksować z oliwą i wodą, doprawić ewentualnie do smaku. Wymieszać z makaronem i oliwkami. Posypać jajkiem i parmezanem.

poniedziałek, 14 września 2009

Komplikacje a prostota

Jest jedna droga, prosta, przed siebie. Są też odnogi, wskazujące inne kierunki, od tego obranego przez nas. Zapraszają do skrętu w prawo lub w lewo obiecując tajemnicę. Bywają też rozdroża, które wprowadzają zamęt i powodują, że zaczynamy się zastanawiać, którą stronę wybrać. Komplikacje. A przecież najprostsze, bywa najczęściej najlepszym rozwiązaniem. Tak samo, jak z makaronem. Minimalne, ascetyczne, najszybsze.

Raz niech to będzie tagliolini aromatyzowane czerwonym winem i truflami. Ono do szczęścia potrzebowało zaledwie nieco oliwy i parmezanu.


Podobnie jak penne, które zadowoliło się związkiem oliwy, parmezanu i pomidorków koktajlowych.


Albo spaghetti – aglio, olio e... piri piri. Szybkie współdziałanie dwóch rondli. Jeden wziął na siebie ujędrnianie makaronu. A drugi już rozgrzewał oliwę, by ta mogła gładko zająć się przeprasowanymi zębami czosnkowymi i ostrą piri piri. Gotowy makaron, obtoczywszy się ciepłem w drugim rondlu, zdołał jeszcze tylko ubrać się w natkę pietruszki, by w mgnieniu oka cieszyć podniebienie prostotą swojego smaku.



Bo tak naprawdę nie warto czasem szukać wrażeń na siłę, kiedy smaczna prostota jest na wyciągnięcie ręki.

sobota, 12 września 2009

Skromny kubraczek

Cóż ja mogę napisać skoro Oczko pisało o minimalizmie.
Niewiele, bo do minimalistek to ja nie należę ;) Choć czasem chciałabym i to bardzo.
Ostatnio nawet rozmawiałyśmy ze znajomą o braku przestrzeni, o małych mieszkaniach, o o o ... minimalizmie rzeczowym.
Doszłyśmy do wniosku, ze po pierwsze mamy za małe mieszkania, za mało szafek i za dużo rzeczy!
Tak właśnie! To nie wina małych mieszkań a ich zawartości. Bo jak mieć przestrzeń i nie zagracone mieszkanie, jak w szafkach siedzi ponad 20 paczek makaronu, na półkach jest wszystko i nic, a łazienka tonie w kosmetykach! Na co komu 3 żele pod prysznic, 5 kremów, 4 peelingi, 6 maseczek, 3 lakiery do włosów, 5 szamponów itd itd...
Ponieważ kosmetyków tak szybko nie zużyję, to postanowiłam część wyrzucić, a co z makaronem? No co, zjem go no nie? ;)



Dziś makaron w minimalnym kubraczku, fakt można go podać jeszcze w prostszym, np. z masłem/oliwą i parmezanem, ale ja zaszalałam i z cukinią go podałam ;)



Cavatappi z cukinią i pietruszką
1 porcja
- 70g makaronu cavatappi
- pół małej cukinii
- łyżka posiekanej pietruszki
- łyżeczka masła lub oliwy
- łyżeczka uprażonych płatków migdałowych
- pół ząbka czosnku
- sól, świeżo zmielony czarny pieprz
Makaron ugotować al dente.
Cukinię umyć i pokroić w plasterki, a te w trójkąciki. Na patelni rozgrzać masło/oliwę i wrzucić posiekany ząbek czosnku, a po minucie dodać cukinię. Chwilkę podsmażać na małym ogniu, aż cukinia zmięknie, ale dalej będzie jędrna.
Makaron odcedzić, wymieszać z pietruszką i cukinią. Doprawić solą i pieprzem. Posypać zrumienionymi płatkami migdałowymi.

piątek, 11 września 2009

Minimalizm

Przeglądam domową bibliotekę i garderobę. Zastanawiam się, jak to się stało, że potrzebowałam aż tylu rzeczy do codziennej egzystencji, mimo że nie jestem typem chomika z tendencją do gromadzenia. Nie, to nieprawda. Wcale nie potrzebowałam tego wszystkiego. Większość książek po prostu kurzyła się na półkach dając mi radość z samego ich posiadania. A część odzieży dawno nie miałam na sobie i zapewne - długo, albo i nawet wcale bym już nie założyła. Zatem: po co tyle tego? Dlaczego jest tak, że coś musimy posiadać? Czy to sprawia, że jesteśmy szczęśliwszymi ludźmi? Przecież to tylko przedmioty. Może więc nastała ku temu najlepsza pora, aby poczuć nieco świeżości w zagraconym życiu? Czas na minimalizm!


Na zakupach wpadły do koszyka trzy puszki: kalmary w sosie pomidorowym, kalmary w atramencie kałamarnicy i ośmiorniczki w pikantnym sosie pomidorowym. Obiad też był minimalistyczny i bez żadnego praktycznie wysiłku. W jednym rondlu ujędrniło się tortiglioni, a w drugim podgrzały zapuszkowane ośmiorniczki w towarzystwie bazylei z krzaka. Wszystko! Minimalizm na skróty.


środa, 9 września 2009

W zielonym nadzieja ;)

Przeczytane w „Metrze”: „09.09.09. Może dziś warto zacząć od nowa? Tyle dziewiątek naraz to najlepszy znak, żeby dokonać przełomu w życiu i osiągnąć pełnię. Cyfra ta uważana jest za symbol przemian, przełomów, odradzania, wynalazczości i skuteczności. Więc na co czekasz?”

A co w sytuacji, kiedy zmiany niosą ze sobą strach? Kiedy nie są pożądane w takim stopniu, w jakim mogą nastąpić? Co wtedy? Czy przełom będzie głębokim oddechem, czy może raczej brakiem tchu?

Princess napomknęła o makaronowym oszustwie. Ja też mogę swoje trzy grosze dorzucić w temacie, bo ostatnio mocno się rozczarowałam. Ale jeszcze dziś nie pisnę ni słówkiem ;P Nie trwóżcie się jednak – wyżalę się wkrótce. Tymczasem... Podobno zielony jest kolorem nadziei, a tej mi ostatnio dużo potrzeba. Zielony zatem noszę na sobie – raz jestem malachitem, innym razem szmaragdem, by odświeżona miętą, a wspominając pistację - zostać zgniłą zielenią. Bo przecież... moje oczy są nadal zielone...


Seria: łoś i coś

Łosia niezmiennie lubię na sposób Lipki – najpierw marynata w sosie sojowym, potem transport do wysmarowanego masłem i obłożonego plasterkami limonki (o ładnym zielonym kolorze) naczynia na żar piekielny odpornego. A potem już tylko rozgrzeszanie w piekle przez 15 min w 200 gorrrrących stopniach.
W tak zwanym piekielnym międzyczasie tworzy się „coś” –-> w ukropie ujędrnia się makaron – szpinakowe liście oliwne, czyli „foglie d’ulivo agli spinaci”. A na porcelanie już czekają skropione oliwą, pieprznięte z młynka i posypane parmezanem plastry grapefruita. Za chwilę z piekła wypływa łoś i już można zabierać się do konsumpcji ;)