sobota, 31 października 2009

Od nowa!

"Mamamanastroje", "szklanka", "klapsy", "konferencja"
Słowa można rozumieć na kilka sposobów. Zatem szklanka to nie tylko naczynie i oblodzenie na drodze w zimowy dzień, to też rodzaj wiśni. Klapsy zwykło się wymierzać niesfornemu pacholęciu (choć tego nie pochwalam), ale klapsy można też ogryzać do ogonka. Podobnie jak konferencję, na której można też bywać.
Ach! edit ---> wszak granat jeszcze, który bywa pociskiem. Ale już jako owoc, eksploduje rubinową barwą kuleczek ze swojego wnętrza. I w roli koloru jeszcze - kiedyś nieśmiertelny przy okazji stroju galowego w podstawówce. Może też być zaczepno - obronny, no ale to już inna bajka ;)
A co z mamą? Mama może być chimeryczna i mieć zmienne nastroje ("mama ma nastroje"), może mieć trójkę dzieci ("mama ma nas troje"), ale też może szaleć - dajmy na to - po sklepach w galerii handlowej (wszak "mama ma na stroje")
Słowa to wdzięczny obiekt obserwacji. Można je odkrywać wciąż i wciąż. Od nowa! (tyle razy to słyszałam, że nauczyłam się, że tak właśnie można postrzegać świat – patrzeć na niego wciąż na nowo).
Otworzyłam wczoraj szafkę i stwierdziłam, że chociaż bywam w czarnym nastroju, to paradoksalnie ubieram się w kolory. Widzę właśnie na półce dwa swetry zielone, jeden czerwony i żółty też jest. A mi się marzą jeszcze fioletowe spodnie w kratkę ;) Coraz mniej zaś widzę tam koloru czarnego, który kiedyś królował niepodzielnie (jeśli jednak pochwalę się kiedyś, że mam różową bluzkę – nie bierzcie tego poważnie, bo najpewniej będzie oznaczać, że upadłam na głowę)
Ale odzież to tylko szczegół prowadzący do ogółu. Zatem odnowa, czy od nowa? George Bernard Shaw powiedział kiedyś: "Jedyny człowiek, który zachowuje się rozsądnie to mój krawiec. Za każdym razem, gdy mnie widzi, bierze miarę na nowo. Wszyscy inni próbują stosować stare miary."
Człowiek nie jest statyczny, codzienne doświadczenia, nawet te najmniejsze, sprawiają, że się zmienia. To naturalna kolej rzeczy, podobnie jak kwiat, który najpierw jest pąkiem, by po rozkwitnięciu porzucić płatki na ziemię.

"(Maria bierze do rąk duży pusty wazon.)
Jeżeli ta forma to cała ja, wszystko, czym w tej chwili jestem, wszystko, co pamiętam o sobie, co o sobie wiem, co zdobyłam i czego doświadczyłam, to – chcąc się dowiedzieć, czy jest jeszcze coś poza tym – muszę ją rozbić.
(Maria rzuca wazonem o ziemię i rozbija go.)
Wojtek: Jeśli uznamy, że ta forma, to wszystko, co mamy, wszystko, czym jesteśmy, wtedy możemy się do niej przywiązać i całe życie ją rozbudowywać, ozdabiać, potwierdzać i jednocześnie bać się o to, że tak czy owak ją stracimy.
Maria: A także bronić się przed zmianą, a tym samym ograniczać. Odcinać się od tych doświadczeń, które mogłyby nas zmienić i rozwinąć.
Wojtek: Kiedy identyfikujemy się wyłącznie z formą, wówczas mamy skłonność do tego, aby traktować siebie niesłychanie serio. Być kimś sztywnym, i raz na zawsze określonym. Ani kroku w lewo czy w prawo."
*

Nawet księżyc się zmienia. Obiecuje się w pełni, dąży do niej rytualnie co 29 dni. Popatrzcie w niebo wieczorem 2 listopada – księżyc będzie z siebie dumny, spełniony blaskiem pełnej tarczy. Pełnia światła czarnego nieba (taka "czerń, która świeci" ;))
A w sylwestra nie lada gratka - nie dość, że pełnia, to jeszcze częściowe zaćmienie. Zanim będziecie oglądać fajerwerki o północy, spójrzcie - ostatni raz w roku - na chwilę już po 19:13 na srebrnego kłamcę.


Pomarańcze i oliwki (inspiracja: "Kuchnia Wegetariańska", wyd. Emka)

Dynia pokawałkowana niezbyt dokładnie dusiła się w wodzie i półwytrawnym. Kiedy zaczęła się rozpadać, wtedy ciach, ciach ją łyżką drewnianą. Przyprawiona solidnie solą, pieprzniętym i chili w płatkach, wymieszana z omdlałą cebuliną, italiańskimi i czarnymi oliwkami wyłożyła się na pomarańczowym tagliolini.


Pomarańczowa głowa z serem (inspiracja: Good Food Magazine "Wegetariańskie dania")

Tym razem dynia starła się naocznie na tarce i podlana lekko wodą pyrkała chwilę ze startym grana padano. Doprawiwszy się smacznie solą i pieprznięta z młynka przyjęła jeszcze zrumienioną na maśle bułkę tartą. Zaś w rondlu obok już gorączkowały się serowe ravioli. (kupne niestety, jeszcze nie odważyłam się na lepienie, ale zrobię to, bo u Małgoś one tak kuszą niemożebnie :))

* Wojciech Eichelberger, Maria Moneta Malewska – "Być tutaj"



Kuchnia wegetariańska

czwartek, 29 października 2009

Chwile

„Czasem są chwile, gdy problem jest w każdym kroku
W pieści ściskasz frustracje , bezsilne łzy ci płyną z oczy...
...Gdy z kolejnych łez atak przychodzi złości
O ścianę niszczysz pieści, miotasz sie w bezsilności
Wpada sie w problem jak w bagno, w wir nicości
A świat twych zasad prostych już runął jak domek z kart...
...Wiem, to kolejna próba, których dużo było w sumie
Chociaż wiem, co robią, jednej rzeczy nie rozumiem
Czemu w ludzi tłumie jest tyle krzywdy , czemu tego tyleż
Przecież życie to miał być przywilej, a tutaj takie chwile:
Znowu czujesz ostrze na gardle
I wyraźna przyszłość widziana w krzywym zwierciadle
Jak statek ma porwane żagle stoi w miejscu ...
Każdy ma chwile, że by to wszystko ...
I patrzy w lustro jak łzy mu ciekną
Ale go nie razi światło
To razi świat, co upokarza, uczucia zamraża
Takie sytuacje stwarza, że masz wszystkiego dosyć
Ile można od życia w serce przyjmować ciosy ...”

Ja też mam takie chwile, nawet nie czasem, ale dość często. Jednak są takie momenty, gdy ich nie ma, znikają, a ja czuję nie ostrze na gardle, ale uśmiech na twarzy i wtedy mówię sobie: to kolejna próba, których dużo było w sumie, jednak każda nauczyła mnie czegoś nowego i pewnie ta nie będzie inna. Pewnie przygotuje mnie do walki z ewentualnymi, kolejnymi przeciwnościami, które nie raz jeszcze staną mi na drodze...

A ponieważ ostatnio stają mi na drodze wszystkie inne rzeczy, tylko nie dynie (tak jak Oczku) to sama zabiegam o to, bym to ja stanęła dyniom na drodze, wsadziła do piekiełka i zjadła z makaronem :)



Makaron z pieczoną dynią i rybą
1 porcja
60 g makaronu (najlepiej krótkiego, u mnie mieszanka Dischi, Rotelle, Chiocciole, meduz)
100 g dyni
100 g filetu z białej ryby ( u mnie mintaj)- waga po rozmrożeniu
świeżo zmielony pieprz
czosnek granulowany
przyprawa do ryb lub własna mieszanka
bazylia
Rybę rozmrozić i obtoczyć w przyprawie do ryb, odstawić.
Dynię pozbawić skórki, pokroić w kostkę i piec w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni przez ok. 20 min.
Makaron ugotować al dente i odcedzić. Rybę zgrillować lub usmażyć na minimalnej ilości tłuszczu (by nie ociekała nim). Porwać na mniejsze kawałki i wymieszać. Dodać dynię, czosnek granulowany, pieprz i posiekaną bazylię (lub suszoną).
Przyozdobić kilkoma listkami bazylii.


środa, 28 października 2009

"Tylko posłuchaj..."

Maria: Porozmawiajmy O tym, w jaki sposób mogłabym się dowiedzieć, co ci leży na sercu.
Wojtek: Przede wszystkim powinniśmy wybrać dobry czas i dobre miejsce. Często ludzie popełniają ten błąd, że chcą ze sobą rozmawiać wtedy, kiedy ani czas po temu, ani miejsce nie jest dobre.
Jest też parę innych zasad, o których warto wiedzieć.
Najważniejsze – nie atakować. Musisz stworzyć w sobie przestrzeń na to, co chcę powiedzieć. Jeśli mnie w jakiś sposób zaatakujesz, zacznę się bronić. Jeżeli ja zaatakuję ciebie, twoja odpowiedź będzie podobna. Ty będziesz się bronić, a ja będę naciskał, żeby się czegoś od ciebie dowiedzieć. Jak się wtedy poczujesz?
Maria: Źle. Nie będę miała ochoty niczego mówić.
Wojtek: Oczywiście, i właśnie dlatego nie wolno atakować. Trzeba zrobić miejsce, przestrzeń. Zamienić się w słuch. A to jest trudne.
Maria: Dlaczego?
Wojtek: Na ogół – wbrew pozorom – nie słuchamy osoby, która chce nam coś powiedzieć. Słuchamy jedynie własnych przekonań, własnych myśli i wyobrażeń na temat tej osoby. Właściwie nic do nas nie dociera.
Jeśli mam ci coś naprawdę przekazać, musisz mieć tak zwany pusty umysł. Nie możesz wsłuchiwać się w swoje myśli, musisz zrobić w sobie miejsce na to, co ja mam do powiedzenia. Dopiero wtedy pojawi się szansa, że zostanie to przyjęte.
(...)
Idziemy do filharmonii, żeby posłuchać muzyki, ale nie stwarzamy sobie okazji do słuchania siebie nawzajem. Nasze obyczaje, nasza kultura nie sprzyjają tworzeniu takich okazji.
Maria: Telewizja, radio, bardzo głośna muzyka, wszystko nas ogłusza, zabiera nam czas. Okazje do słuchania siebie nawzajem musimy specjalnie tworzyć. Warto przecież poświęcić jeden wieczór ważnej osobie. Zamiast oglądać telewizję, zamiast iść na dyskotekę, po prostu usiąść, spróbować otworzyć się na drugiego człowieka.
Wojtek: Bezpośrednie spotkanie przeżywa się znacznie głębiej, niż np. oglądanie telewizji, tak jak kontakt z prawdziwym ogniskiem to zupełnie nie to samo, co oglądanie obrazu ogniska na ekranie. Ale spotkanie może być trudne. Trzeba stwarzać specjalne okazje, nie żałować czasu i uwagi.
Maria: Trzeba się tego nauczyć.
Wojtek: I trzeba chcieć.
*



Poddaję się myśli, że ja i pomarańczowa głowa byłyśmy sobie przeznaczone ;) Otóż! wybieram się ja pewnego dnia na zakupy, wchodzę do marketu z mocnym postanowieniem, że dzisiaj, właśnie dzisiaj zaopatrzę się w drugą głowę. Muszę jednak uprzednio udać się do bankomatu. Zatem kieruję swoje kroki do maszynki, ale oko mimowolnie rzuca wzrokiem na ławkę. Ławkę pośród ławek, a tam... siedzi ni mniej, i ni więcej tylko pomarańczowa głowa. Ktoś w jesiennym roztargnieniu deszczowego dnia zupełnie o niej zapomniał. Spakowawszy się zapewne w torby, ją jedną z pamięci wyrzucił niechcący. Podążyłam jej na ratunek, niech i ona będzie towarzyszem mojej samotności, jak i ja jej teraz. I tylko zagwozdka niemała – to ona szczęśliwie mi się napatoczyła, czy ja jej byłam przeznaczona? ;)



Pomarańczowa głowa, kopyta i słona słodycz.

Po inspiracji z kniżnej Good Food Magazine „Wegetariańskie dania”, zabrałam się do roboty. Na początek głowa - obrana i pokrojona wpadła do rondla. Oblała się białym półwytrawnym i dusiła się do miękkości, by potem przyjąć jeszcze gruszkę. Obie zaś dostały za chwilę nieco miodu i skórki z cytryny – dla aromatu. W tak zwanym międzyczasie już ujędrniały się kluchy (gnocci - jak i ostatnio u Princess :)) Zaś na patelni rozpływało się od ciepła ognia podrondlowego masełko z kapką soku z cytryny i rozmarynem. Nietrudno się domyślić, że zwieńczeniem było zamieszanie ;)


* Wojciech Eichelberger, Maria Moneta Malewska – "Być tutaj"


Kuchnia wegetariańska

poniedziałek, 26 października 2009

Ciąąąągnoty...

Oczko ciągnie ku ziemniakom, mnie ku dyni.
Pewnie cwaniara czeka na odpowiedni moment i wyskoczy z jakimś dyniowym specjałem, takim, że wszyscy dostaniemy ślinotoku.
No, ale na razie ja mam zamiar was namówić na kolejny specjał makaronowo- dyniowy.
Skąd wiem, że specjał? A no tak nieskromnie powiem, że specjał, bo mi smakował, a mimo, że często mi smakują dziwne rzeczy, to było smaczne „normalnie”.
No bo jak niby nie ma być smaczne połączenie makaronu, pieczonej dyni i fety?
Może jedynie wtedy jak ktoś nie lubi któregoś z tych ingrediencji...z tym, że nie widzę problemu i przeprowadzenie małej operacji-modyfikacji. Toć przecież inwencja twórcza w kuchni to podstawa i zawsze będę powtarzać, że przepisy mają nas inspirować do działania. Choć w sumie w tym przypadku polecam spróbować mojej kombinacji, bo...bo jest bardzo smaczna :) I do tego prosta :)




Gnocchi z pieczoną dynią i serem feta

1 porcja
60 g gnocchi (lub inne kształtu makaronu)
100 g pieczonej dyni
30 g sera feta
łyżka uprażonych pestek dyni
½ łyżeczki octu ryżowego i oliwy
szczypta soli, pieprzu i granulowanego czosnku
Dynię pokroić w kostkę i upiec w piekarniku (ok. 20 min w 180 stopniach). W czasie pieczenia dyni ugotować makaron, następnie odcedzić i wymieszać z oliwą i octem.
Dynię obrać ze skórki, połączyć z makaronem i wymieszać. Dodać pokruszoną fetę i pestki dyni. Doprawić solą, pieprzem i czosnkiem. Dobrze wymieszać i podawać ciepłe.


Kuchnia wegetariańska

niedziela, 25 października 2009

Co mówi lustro?

"Wojtek: Powiedz mi, do czego tak naprawdę jestem ci potrzebny?
Maria: Jesteś mi potrzebny przede wszystkim po to, żeby przez kontrast z tobą wydobyć wszystkie moje cechy, żebym mogła się w pełni stać sobą, w pełni kobietą. A do czego ja ci jestem potrzebna?
Wojtek: Dzięki temu, że ty jesteś taka, jaka jesteś, ja mogę łatwiej wyodrębnić siebie. Gdyby nie twoja czerń, nie byłoby widać, że jestem biały. Gdyby nie moja biel, nie byłoby widać twojej czerni. Na tyle, na ile ja istnieję, na tyle ty możesz się odróżnić i na odwrót. Tak jak z górą i doliną. Dolina pozwala zaistnieć górze, a góra dolinie. Jesteśmy tacy różni i oboje niezbędni. Powiedz mi więcej o tym, jaka jesteś.
Maria: Łatwiej mi przychodzi być otwartą i rozluźnioną.
Wojtek: Łatwiej mi przychodzi być zamkniętym i spiętym.
Maria: Lepiej czuję.
Wojtek: Łatwiej nazywam.
Maria: Bez trudu zauważam podobieństwa i łączę.
Wojtek: Z łatwością dzielę i rozróżniam.
Maria: Potrafię czekać.
Wojtek: Potrafię się spieszyć.
Maria: Łatwiej mi odpoczywać.
Wojtek: Łatwiej mi długo i wytrwale pracować.
Maria: Częściej jestem bliżej ziemi, bliżej własnego ciała.
Wojtek: A ja częściej wyobrażam sobie i przewiduję.
Maria: Potrafię burzyć to, co stare.
Wojtek: A ja dzięki temu mogę tworzyć nowe.
Maria: Częściej bywam łagodna i delikatna.
Wojtek: A ja częściej jestem ostry i gwałtowny.
Maria: Potrafię być słaba.
Wojtek: A ja potrafię być silny.
Maria: Jeśli trzeba, potrafię ulegać.
Wojtek: A ja, jeśli trzeba, potrafię być nieugięty. Wygląda na to, że moglibyśmy się wiele od siebie nauczyć.
Maria: Tak. Myślę, że potrzebuję takiej lekcji. Chciałabym przyjrzeć się tobie dokładniej i nauczyć się od ciebie tego, czego sama nie umiem.
Wojtek: To, co charakteryzuje ciebie, mnie czasami denerwuje, irytuje, jest trudne do przyjęcia. (...) A jak z tobą?
Maria: Ze mną tak samo. Denerwuje mnie to, co jest w tobie dla mnie obce. (...)
Wojtek: Gdyby nie te różnice, to by mnie ku tobie nie ciągnęło. Gdybyś była taka sama, jak ja, równie dobrze mógłbym patrzeć w lustro. (...) Koncentrując się na tym, co odpycha, ludzie nie dostrzegają tego, jak wiele mogą się od siebie nauczyć, jak są sobie potrzebni. Tak trudno jest mężczyznom i kobietom być długo razem i tak często się rozchodzą, szukając łatwiejszych rozwiązań.
Maria: Bo zamiast dostrzegać i akceptować te różnice, próbują je niszczyć, próbują doprowadzić do sytuacji, w której oboje staną się identyczni. (...)
Wojtek: Ale na szczęście ty nie jesteś taka jak ja.
Maria: Robię jednak wszystko, żebyś miał jak najwięcej moich cech, tych, które są mi znane i bliskie.
Wojtek: Gdyby ci się to całkowicie udało, przestałbym być sobą. Dlatego tak się opieram.
Maria: Niestety, tak się właśnie często dzieje. Kobieta i mężczyzna niszczą się w walce, zamiast uzupełniać się i wydobywać z siebie nawzajem to wszystko, co w nich najpiękniejsze."
*


Pyrowe makaronizmy i pesto.

A propos niedawnego miażdżenia ---> ktoś wpadł na to kiedyś w italiańskiej Ligurii i przyznacie, że pomysł miał zacny. Pesto rozpowszechniło się na tyle, że... nawet kluchy bywają miażdżąco aromatyzowane, jak na ten przykład trenette.


A ponieważ trenette jest podobnież liguryjskie jak samo pesto, niniejszym i przepis będzie rodem z Ligurii. (tak przy okazji pyrowania u Olgi). Do warzenia przydadzą się: pyry, fasolka szparagowa i kluchy (w wersji liguryjskiej najbardziej pożądane jest trenette albo trofie) W przepisie (z cegły "Culinaria Italia") mówią, żeby całe towarzystwo wrzucić do jednego gara. Ja zaś stwierdziłam, że kluchom trochę samotności nie zaszkodzi i wrzuciłam je do rondla drugiego. Kiedy wszystko co miało zmięknąć – zmiękło, a co miało się ujędrnić – ujędrniło, wtedy jeszcze dokonało się zamieszanie z zasłoikowanym pesto i ostatecznie rzuciło razem na porcelanę.



* Wojciech Eichelberger, Maria Moneta Malewska – "Być tutaj"



Kuchnia wegetariańskaZiemniaczany Sezon 2009

piątek, 23 października 2009

Czekając na...

Na eksperymentalnym pisałam o dyni, o całym roku, który musiałam na nią czekać, o tym jak tęskniłam za jej pyszny smakiem...
Pisząc tamta notkę mi się na myśl jedna rzecz: na co teraz będę czekać, bo podobno:

”Czekanie jest w nas czymś stałym. Często, wie pan, nie uświadamiamy sobie tego, że od urodzenia do śmierci żyjemy w stanie oczekiwania.” *

Coś w tym jest. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie ktoś na coś czeka, w każdym czasie, w każdym miejscu. Czekamy na wyniki egzaminu, czekamy na autobus, czekamy na list, czekamy w kolejce w sklepie... Ale nie tylko to, czekamy także na coś głębszego, coś czego często nie potrafimy zdefiniować, ale wiemy, że chcemy tego, że jest to nam potrzebne i że kiedyś się tego doczekamy i zapełnimy tę pustkę, która jest w nas.

„Tylko w więzieniu łatwo jest zrozumieć, że życie bez czekania na cokolwiek nie ma najmniejszego sensu i wypełnia się po brzegi rozpaczą.”**

Ja też czekam, ciągle czekam, a w dodatku wiem na co, to udało mi się określić, tu odniosłam sukces...

a w ramach dyniowego natchnienia, coś co znowu przypomina frytki. Tym razem nie jest to smażone tofu, a Cassarecce z dyniowym pesto



* Wiesław Myśliwski — Traktat o łuskaniu fasoli
**Gustaw Herling-Grudziński — Inny świat (Część 1: Praca, dzień po dniu)

Cassarecce z pesto z pieczonej dyni
2 porcje
140 g makaronu Cassarecce lub innego, np. penne
1kg kawałek dyni
łyżka posiekanej świeżej bazylii
po łyżeczce prażonych płatków migdałowych i pestek dyni
sól, pieprz i gałka muszkatołowa do smaku
odrobina wody z gotowania makaronu i/lub oliwy
Dynię pokroić na mniejsze kawałki i wstawić do nagrzanego do 180 stopni piekarnika. Piec (funkcja termoobieg) ok. 25 minut, aż dynia będzie miękka w środku.
W czasie pieczenia ugotować makaron.
Upieczoną dynie obrać ze skórki, pokroić w kostkę i zmiksować z bazylią, przyprawami, pestkami i migdałami (część zostawić do dekoracji). Dodać odrobinę wody (do uzyskania odpowiadającej nam konsystencji) i jeszcze raz zmiksować.
Makaron wymieszać z pesto. Na talerzach posypać pozostałymi migdałami i pestkami
dyni.

Ziemniaczany Sezon 2009Kuchnia wegetariańska

środa, 21 października 2009

Niepożądane zaimki

"Maria i Wojtek siedzą przy kominku. On zajęty czytaniem gazety, ona malowaniem paznokci. Oboje ubrani w koszulki z napisem: "ja, moje"
Wojtek: (nie odrywając wzroku od gazety) Kochasz mnie?
Maria: (po dłuższej chwili) Mówiłeś coś?
W: (znudzony, ale lekko zniecierpliwiony) No, pytam, czy mnie kochasz?
M: (nieprzytomnie, wciąż zajęta malowaniem paznokci) Taaak... Oczywiście, kochanie.
W: Hmm, to dobrze...
M: A Ty mnie?
W: Mhm. Ogień dogasa.
M: Może coś byś dorzucił?
W: Ty coś wrzuć.
M: Przecież widzisz, że jestem zajęta. Może wrzucisz tę swoją gazetę.
W: To może ty wrzuć ten swój lakier.
M: Lakier jest mi potrzebny!
W: A ja potrzebuję tej gazety!
(...)
Jeśli nastawiam się na to, że chcę być kochany, sam tracę wolność i w dodatku zabieram ją tobie. Wiążę ciebie, a sam przywiązuję się do tego, co od ciebie dostaję. Aby czuć się wolnym i dawać wolność (...), trzeba zdobyć się na to, żeby kochać, a nie tylko chcieć być kochanym.
(...)
Maria i Wojtek wspólnie rozpalają wygasły już kominek.
Wojtek: Ale płonie, co?
Maria: Pięknie. Oby tak było zawsze.
W: Właśnie
M: Jak to zrobić?
W: Jest tylko jeden sposób.
Wojtek ściąga z siebie koszulkę z napisem "ja, moje" i wrzuca do ognia. Maria robi to samo ze swoją."
*

Kiedy myślisz, że słowo "Ja" powinno znaczyć dla Ciebie najwięcej – jesteś w błędzie. "Ja" to nie tylko niezależność i satysfakcja. "Ja" to też samotność, smutek i bezradność. "Ja" to brak ciepła. To zupełnie jak balon bez powietrza – niekompletny.



Rurki...bez kremu ;), lecz z mięsem...

Udziec indyka namaścił się oliwą przyprawami pieprznięty, sól, papryka, czosnek
Szybki rzut na rozgrzaną oliwę, a tam dopełniało się opalanie niczym turystów na plaży. Podczas smażenia podlewało się wodą i podduszało do miękkości. A pod koniec doskoczyła mąka roztrzepana z wodą. Atmosfera sosu nieco zgęstniała gotując się przez chwilę. W tak zwanym międzyczasie ujędrniało się tortiglioni. Na koniec zaś, do porcelany coś zielonego jeszcze, co by kolorowo było ;)


* Wojciech Eichelberger, Maria Moneta Malewska – "Być tutaj"

poniedziałek, 19 października 2009

Jak ten na motorze...

„Kiedy wszystko się udaje, trzeba być bardzo uważnym. Mężczyzna wsiada na motocykl o dziewięciuset cylindrach. Słucha warkotu silnika i czuje, że maszyna budzi się do życia. Wjeżdża na szeroką drogę i zwiększa prędkość. Migają domy, wiatr wieje coraz silniej.

Mężczyzna ma przed sobą długą drogę. Jeśli nie będzie uważać, nie dotrze na miejsce. Będzie musiał się zatrzymać, żeby nabrać benzyny albo naprawić motocykl. Jeśli da się ponieść entuzjazmowi, straci kontrolę nad pojazdem i spadnie.

Dobry motocyklista zachwyca się wiatrem, ale nie zapomina o maszynie. Mądry człowiek potrafi się cieszyć, że idzie właściwą Drogą, ale uważa na czyhające dokoła pułapki.”


A co wtedy jak się nie udaje?
Albo jak myślimy tylko, że się udaje, a to tylko nasze subiektywne odczucie?
Wszystko co robimy kończy się fiaskiem. Wszystko co planujemy, czego pragniemy do czego dążymy nie idzie po naszej myśli. I nagle zaskoczenie. Ogromna przemiana losu, skręt w prawo i wszystko wygląda idealnie, tak jakbyśmy chcieli, tak, że nawet o tym nie śniliśmy. Zapominamy o wcześniejszych przeszkodach i widzimy tylko tą przychylność losu, bo tak chcemy, bo tak jest przyjemniej.
A los jest przewrotny i nie rzadko potrafi zrzucić nas z miękkiej kanapy na twardą, żwirową szosę, która prowadzi donikąd...
Dlatego trzeba być jak ten mężczyzna na motorze, tylko że czasem mamy za mało testosteronu i...
...i tracimy kontrolę nad naszym pojazdem, bo on jest duży, ciężki i chcemy już tylko leżeć, nie chcemy wstawać i walczyć z silnym wiatrem...



A gdy jeszcze mamy trochę sił, ale czujemy że mamy ich bardzo mało i chcemy szybko się posilić, czymś co da nam kopa i pozwoli walczyć z poduchami wiatru proponuję migdałową sobę z tofu, bo węgle i białko i zdrowe tłuszcze to coś co tygryski (i ptaki ;) ) lubią najbardziej i coś co dodaje im sił :)

*Pani nr 09 (228) 2009r. Paulo Coelho: Kiedy uczymy się zwyciężać





Migdałowa soba z tofu

1 porcja
70 g makaronu soba
50 g tofu twardego
łyżeczka mielonych migdałów
10 g migdałów (zapałki, płatki lub to i to)
½ łyżeczki soku z cytryny lub octu ryżowego
szczypta czosnku granulowanego
po łyżce sosu sojowego i sosu ostrygowego
łyżeczka oleju sezamowego
kilka listków bazylii
szczypta soli czosnkowej i pieprzu
Tofu pokroić w zapałkę i zamarynować w mieszance oleju sezamowego, sosu sojowego i sosu ostrygowego (minimum 30 min).
Makaron ugotować al dente. W czasie gotowania makaronu uprażyć na patelni migdały (zarówno w zapałkach i płatkach, jak i mielone). Tofu zrumienić na patelni, a bazylię posiekać.
Ugotowany makaron wymieszać z migdałami, tofu i posiekaną bazylią. Doprawić do smaku czosnkiem, solą i pieprzem.

Inspiracja

Kuchnia wegetariańska

niedziela, 18 października 2009

Wieści z dołu

Znacie to ---> „kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada”? Sama wpadłam w ogromny dół, a z niego widzę tylko niebo – zachmurzone na dodatek. Bez żadnej nadziei na słońce. Koszmarne uczucie, kiedy wiesz, że zaraz zacznie padać, wręcz lać, a ty nie masz nic, czym możesz się okryć albo zasłonić, żeby nie zmoknąć. I nawet nikt ci nie przyjdzie z pomocą niosąc dla ciebie parasol. Mokniesz, czujesz na policzkach mokre strużki i nawet nie wiesz już, czy to jest deszcz czy morze łez. A najgorsze w tym wszystkim jest jeszcze to, że sama do tego dołu wpadłaś, bo nie uważałaś, kiedy ktoś dawał ci dobre rady, jak iść tamtą ścieżką...


"(...) kiedy ostatni raz podlał Różę i poczynił przygotowania do ukrycia jej pod kloszem, poczuł nagły przypływ łez.
- Żegnaj - powiedział do Róży.
Ale ona mu nie odpowiedziała.
- Żegnaj – powtórzył.
Róża zakaszlała. Ale tym razem nie było to spowodowane przeziębieniem.
- Byłam niemądra – odpowiedziała mu wreszcie. – Proszę, wybacz mi. Życzę Ci szczęścia.
Zdziwił go ten brak wymówek. Stał tak, zbity z tropu, kurczowo trzymając się klosza. Nie pojmował tej spokojnej słodyczy.
- Ależ oczywiście, kocham Cię – powiedziała Róża. – Nie domyślałeś się nawet tego z mojej własnej winy. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Chociaż sam byłeś niemądry, co ja. Staraj się być szczęśliwy. I zostaw ten klosz w spokoju. Nie będę go już potrzebować.
- A wiatr...
- Nie jestem aż taka przeziębiona... Świeże, nocne powietrze dobrze mi zrobi. Jestem przecież kwiatem.
- Ale szkodniki...
- Muszę znieść tę czy ową gąsienicę, skoro pragnę ujrzeć motyle. Słyszałam, że są takie piękne. Zresztą jeśli nie one, to kto mnie odwiedzi? Ty będziesz daleko. Zaś dużych stworzeń się nie boję. Mam przecież ostre pazury.
I pokazała naiwnie swoje cztery kolce."
*


Kolorowe makaronizmy na szarość.

Na początek kapusta (bo przecież teraz głowy mają swój weekend u Peli) – czerwona, bo ładnie się potem robi lila róż (w sam raz na różowe gotowanie u Szarlotka). Wypadałoby ją najpierw poszatkować, a potem ugotować. I dosmaczyć jeszcze, bo w życiu trzeba szukać smaku – na przekór wszystkim przeciwnościom. Zatem: trochę soli i cukru, pieprzniętego z młynka, oliwy, i por. Różowa głowa, rozmieniona na drobno już, zatem czas na resztę. W ukropie ujędrnia się ricciutelle, a na oliwie omdlewa cukinia. Wszystko miesza się ze sobą i wdzięcznie przyjmuje jeszcze oregano z krzaka i italiańskie.


Siostro! najlepszego raz jeszcze. Niech Ci się szczęści i buzia uśmiecha. Róż z dedykacją dla Ciebie :)

* Antoine De Saint – Exupery – „Mały Książę”


Święto Kapusty

środa, 14 października 2009

Miażdżąca przewaga

Czasami dopada nas złość – nieistotnym jest na co lub przez co. Ważne, że wtedy nas nosi, nie wiemy co ze sobą zrobić, czym się zająć. O spokojnym siedzeniu można wtedy zapomnieć. Ale! Można kopnąć ścianę, robić kulki z papieru, albo... gotować. A dobitniej mówiąc - miażdżyć, aż wyjdzie z tej frustracji pesto ;) Bo ono świetnie dogaduje się z kluchami.(Słoiczkowe ;)) włala!;)

Meduzy z pesto pistacjowym




Penne tri colore z pesto bazyliowym (a do przegryzki mix sałat i tomaty)




Cavatappi (zwane też Cellentani) z pesto pomidorowym, a do tego bazylea z krzaka, italiańskie i grana padano.




Gdy otula nas spokój wystarczy ujędrnić kluchy i otworzyć słoiczek. Kiedy dopada frustracja – wtedy można zaprzyjaźnić się z żyrafiną albo moździerzem. Jakie to proste!

ps. Cremebrulee ---> ja marzę o tym pesto z jarmużu! ;)

poniedziałek, 12 października 2009

Morze, muszelki i łódki

„Tego lata konsekwentnie zostałam w mieście. Wtopiłam się w codzienność. Byłam po prostu jednym z mieszkańców miasta, którzy nie pojechali na wakacje. Chodziłam na zakupy, na targ pełen coraz piękniejszych owoców. Przynosiłam do domu całe naręcze zieleniny. Siadywałam w kawiarnianych ogródkach w cieniu pod drzewami albo na statku na rzece. Obserwowałam turystów – ich egzotyczne twarze i tak jednakowe koszmarne ubiory. Zależnie od humoru popatrywałam na nich wrogo albo pozdrawiałam grzecznie i obcojęzycznie.
Na wszystko miałam czas – tak jak zawsze latem miałam piękne poczucie bezgraniczności czasu i naszych w nich możliwości. I znów myślałam, że tak będzie zawsze.
Wędrowałam po własnym domu – starałam się w nim nie zgubić. Wiedziałam, że najłatwiej jest zgubić się u siebie i tu poczuć prawdziwą samotność.”
*

Ja też tego lata zostałam w mieście, nigdzie nie wyjeżdżam, nigdzie nie podróżowałam. No może poza krótkimi wypadami, ale tak naprawdę całe lato spędziłam w mieście.
Z jednej strony, odpowiadało mi to, kocham moje miasto, kocham jego zieleń, te małe, wąskie uliczki, domy z cegieł i zwierzaczki na starówce. Kocham mojego osiołka, smoka i pieska Filutka...
Jednak z drugiej strony kocham też morze, szum fal i noce na plaży. Kocham przesypywać piasek w dłoniach, patrząc na morski horyzont i ...wspominając, marząc i planując...
W tym roku bardzo mi tego brakowało, i może nie jestem świetną pływaczką, i może unikam paradowania w stroju kąpielowym, a leżenie w pełnym słońcu jest dla mnie największą katorgą, to wakacje nad morzem mają w sobie coś tajemniczego, coś co sprawia, że ryjek mi się cieszy.
I choć w moim sercu siedzi wiele bolesnych wspomnień związanych z morskim krajobrazem, to zawsze z chęcią będę tam się kierować...



A dziś, w ramach zbliżenia się do morskich klimatów, zrobiłam sobie pyszne muszle zapiekane z cukinią i brokułami. Muszelki zostały wyrzucone na brzeg w paczce od Zemfi przez poranny przypływ, a ponieważ nadziane kojarzą mi się z łódeczkami pełnymi ufoludków zmierzają właśnie w otchłań mego i Hirkowego żołądka :)



*Pani nr 10 (229) 2009r. Roma Ligocka: Jesienne porządkowanie świata



Zapiekane muszle z cukinią i brokułem pod migdałową kołderką

1 porcja
70 g makaronu Conchiglioni rigati
mała cukinia
kilka różyczek brokuł
pół ząbka czosnku
mała cebulka
łyżeczka posiekanej natki pietruszki
kilka listków świeżej bazylii
oliwa z oliwek
świeżo mielony pieprz, sól
masło
mielone migdały lub płatki migdałowe uprażone na teflonowej patelni

Makaron ugotować al dente w osolonej wodzie. Odlać połowę wody i dodać trochę oliwy, zamieszać i odcedzić.
W czasie gotowania makaronu umyć cukinię, odciąć końce i pokroić ja na cienkie tasiemki, najlepiej obieraczką do warzyw. Brokuł ugotować na parze, odcedzić i rozgnieść widelcem.
Cebulkę i czosnek obrać i drobno posiekać. Zeszklić na odrobinie masła. Dodać cukinię i dusić aż zmięknie. Pod koniec dodać pietruszkę i posiekane listki bazylii. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Muszle nadziewać najpierw brokułami, następnie cukinią posypując na koniec mielonymi migdałami i/lub płatkami migdałowymi.
Zapiekać przez ok. 8 minut w nagrzanym do 180 stopni piekarniku.
Można posypać parmezanem.
Podawać ciepłe, przyozdobione listkami bazylii.

niedziela, 11 października 2009

Ogród i baobaby

"(...) na planecie Małego Księcia, jak na każdej innej planecie, rosły dobre i złe roślinki. Co za tym idzie dobre ziarenka z dobrych roślin i złe ze złych. Lecz ziarenka są niewidoczne. Drzemią w tajemnicy ziemi, aż któremuś z nich przyjdzie do głowy pomysł obudzenia się. Więc przeciąga się i najpierw wypuszcza nieśmiało ku słońcu zachwycającą bezbronną roślinkę. Jeśli to łodyżka rzodkiewki czy róży, może sobie rosnąć do woli. Ale jeśli mamy do czynienia z chwastem, trzeba go usunąć natychmiast po jego rozpoznaniu. A na planecie Małego Księcia rosły straszne ziarenka... Były to ziarna baobabu. Ziemia planety była przesiąknięta nimi jak robactwem. Jeśli zagapisz się, nigdy nie pozbędziesz się baobabu. Zachwaści całą planetę. (...) „To kwestia dyscypliny” – powiedział mi później Mały Książę. „Po skończeniu porannej toalety należy zadbać o czystość planety. Trzeba regularnie wyrywać baobaby, jak tylko dadzą się odróżnić od krzaków róż, do których na początku są bardzo podobne. (...)"Dzieci! Strzeżcie się baobabów!""*

Kiedy pozwoli się baobabom nie tylko wykiełkować, ale i wyrosnąć, wtedy czeka nas ciężka praca. Żmudna, ale kiedy przyniesie jakieś efekty, wtedy cieszy jak nic innego.
Życie to jak uprawianie ogródka – zawsze znajdzie się w nim coś do posiania, ale i coś do wyrwania. Coś do podlania, coś do przycięcia. Niech zakwitnie tylko to, co cieszy oko i ładnie pachnie. Bo przez baobaby może nie wyrosnąć roślina, na której nam może bardzo zależeć.

Złota myśl z ogródka: "Brak ci tylko jednej istoty, a cały świat jest bezludny."**


Zielony i wstęgi

Zblanszowany szpinak tylko czekał, kiedy może w końcu doskoczyć do omdlałej na oliwie szalotki i przeprasowanego zęba czosnkowego. Wszyscy czworo ucieszyli się potem ze spóźnionego towarzystwa rondlowego: bazylea z krzaka, sól, pieprznięty i śmietana jednak dotarli, a wmieszawszy się z otoczeniem pokładli na pappardelle i wespół obsypali parmezanem.


* Antoine de Saint - Exupery - "Mały Książę"
** Alphonse de Lamartine

piątek, 9 października 2009

Psiankując

Tak się jakoś stało, że przez przypadek i zupełnie nieplanowo znalazłam sie na targu.
Często tam bywam, ale wczoraj nie miałam się tam pojawić.
Ale się pojawiłam i jak zwykle zrobiłam to co zawsze tam poszłam: udałam się do części warzywnej.
Jakie szczęście, że jeszcze tyle warzyw i owoców jest dostępnych, można je kupić, można nacieszyć się ich kolorami, mimo pochmurnej i mroźnej pogody.
Przechodziłam od stoiska do stoiska, kupując na każdym coś, a to brokuły, a to marchewkę, a to kilka śliwek na deser...
Gdy już zmierzałam do wyjścia, obładowana torbami pełnymi różnistych smakołyków, których nie mogłam sobie odmówić, bo kusiły i wołały: weź mnie!, dojrzałam coś podłużnego, trochę gruszkowate, w kolorze oberżyny, dojarzałam Psiankę podłużną.
Warzywko to, zwane również bakłażanem, gruszką miłosną czy oberżyną, nie raz już gościło na moim stole, jednak w moim elektronicznym notesiku jest jeszcze kilka dań do wypróbowania z bakłażanem w roli głównej. Atrakcyjna cena, piękny kolor i ten błysk, sprawiły, że po raz kolejny otworzyłam portfel i wrzuciłam kolejne warzywo do torby. A w domu...



...a w domu zjedliśmy sobie z Hirkiem Tortiglioni z Baba Ghanoush.



Tortiglioni z Baba Ghanoush
70 g makaronu tortiglioni
1 średniej wielkości bakłażan
ząbek czosnku
łyżka soku z cytryny
łyżka tahini lub sezamu prażonego
łyżeczka posiekanej natki pietruszki
sól, pieprz, kumin
oliwa (ilość w zależności jak gęstą pastę chcemy otrzymać)
Bakłażana ponakłuwać widelcem (co by nie wybuchł jak tu) i wstawić do piekarnika nagrzanego do 200C. Piec około 30 min, aż skórka się zaczerni.
W międzyczasie ugotować makaron.
Upieczony przeciąć na pół, wydrążyć miąższ usuwając pestki. Miąższ zmiksować blenderem z czosnkiem, tahini, sokiem z cytryny i zieloną pietruszką. Doprawić do smaku solą, pieprzem i mielonym kuminem. Wlać oliwę i wodę z gotowania makaronu i jeszcze raz zmiksować. Połączyć z makaronem. Przyozdobić natką.

środa, 7 października 2009

Grzybobranie

A propos leśnych spacerów ---> oprócz popełnienia sosiku, można też grzybki zasłoikować :) A potem tenże słoik otworzyć i uszczęśliwić zawartością ujędrnione kluchy.


Dajmy na ten przykład sobę z towarzystwem z rozgrzanej patelni. Na patelni najpierw znalazła się zeszklona cebulina, potem pokawałkowana czerwona papryka, by wespół z tą pierwszą spotkać się jeszcze z zieloną pastą curry. Wszystko wymiąchane ze sobą i z makaronem soba dostało w nagrodę zasłoikowane grzybki.


A tutaj? Widzimy tagliatelle. Ten zaprzyjaźnił się na porcelanie z: zeszkloną na oliwie czerwoną cebuliną i z lekko podduszonymi tomatami koktajlowymi – a wszystko skąpane lekko w białym półwytrawnym, aż do wyparowania alkoholu - rzecz jasna. A do tego maślaczki. I zielona pietrucha jeszcze.


To wszystko dobre, ale nie przebije wakacyjnych kurek w winno – śmietanowym sosie. Oj nie! Oliwa – rozgrzana w rondlu dostała szalotkę, a szalotka białe półwytrawne. To drugie w końcu się ulotniło – tak po angielsku, bez pożegnania. Przyszedł zatem czas na kurki – do smacznej miękkości. A na koniec śmietana i jeszcze chwilę rondlem władało ciepło podogniowe. A na koniec wpadło ujędrnione pappardelle z koperkiem i zrobiło zamieszanie. O kurka! – ale to było pyszne!


Z innej beczki – byłam dzisiaj u dentysty i pani od samego rana wprawiła mnie dobry nastrój – odrzekła: „ma pani piękne zęby, tak trzymać dalej!”. No to się uśmiecham szeeeeeroko :DD

poniedziałek, 5 października 2009

Obiecanki kolorowe

Obiecanki cacanki, a głupiemu żal!
Ale nie kiedy ja coś obiecuje, o nie!
Jak ja coś obiecuję, to dotrzymuję obietnic i staram sie je spełniać jak najlepiej, najpełniej, ponad 100%
No i obiecałam Majnie tricolore i było tricolore, było penne tricolore. Ale to było dla mnie za mało. Jeden raz to jakby go w ogóle nie było. Trzeba więcej, przynajmniej dwa razy, a jak się da to i trzy. No i może będzie trzy, na razie mamy dwa razy, trzeci raz pewnie też będzie, w końcu jak to mawiają do trzech razy sztuka! Ale jaka sztuka! Nowo wylukana, nowo zdobyta, nowo-kształtna!
Jak zobaczyłam te kluchy na sklepowej półce, nie mogłam sobie ich odmówić, nie mogłam się im oprzeć. Kusiły swym kształtem, kusiły kolorem, kusiły sobą. Kusicielskie takie, no!



I problemu z czym je zjeść też nie miałam. Wystarczyło otworzyć lodówkę, a pomysł sam nasunął się na jęzor i kubki smakowe, a łapki ciągnęły do garów :)




Funghini tricolore z kalafiorem, cukinią i tofu

60 g makaronu funghini tricolore
kilka różyczek kalafiora
ok. 50g tofu twardego
pół małej cukinii
łyżka uprażonych płatków migdałowych
świeża bazylia
pół ząbka czosnku
sól, pieprz
marynata do tofu: łyżka sosu sojowego, czosnek granulowany, pół łyżeczki oleju sezamowego
Tofu pokroić w kostkę/trójkąciki/zapałkę- jak lubimy. Do miseczki wlać sos sojowy, olej sezamowy i czosnek granulowany, wymieszać składniki i wrzucić tofu. Wymieszać dokładnie, by tofu było całkowicie pokryte marynatą i odstawić na minimum 15 min.
W tym czasie ugotować kalafior w osolonym wrzątku. Odcedzić i odstawić na bok.
Cukinię umyć i pokroić na półplasterki lub na jeszcze mniejsze kawałki. Następnie ugotować makaron, a na kilka chwil przed końcem gotowania wrzucić do garnka cukinię, by delikatnie zmiękła.
Na patelni zeszklić posiekany ząbek czosnku, dodać tofu i zrumienić, gdy zacznie brązowieć dodać kalafior.
Makaron wymieszać z tofu, cukinią i kalafiorem. Doprawić solą i pieprzem do smaku. Dodać posiekane listki bazylii i posypać płatkami migdałowymi.

niedziela, 4 października 2009

Jesień w kolorze

Słusznie stwierdziła Olala, że „jesień działa na dwa fronty”. Fakt! Bywa radośnie kolorowa, ale i deszczowo smutna. Może być zarówno nostalgią, jak i określeniem barw życia. Ktoś, na pewnym forum napisał: „Trochę z niepokojem witam ją tym razem. Pewnie dlatego, że z tą porą roku wiąże się najwięcej wspomnień (tych pozytywnych).”
Ja też ją witam w tym roku z mieszanymi uczuciami. 8 lat temu zaczęła się wybuchem radości, 6 lat temu przeprowadzką i samodzielnym życiem w żółtym pokoju z niebieską kuchnią, 3 lata temu pierścionkiem na palcu, 2 lata temu nowym życiem w nowym miejscu z nowymi planami i złotem na serdecznym. A w tym roku? Kolejną z kolejnych w niedługim odstępie czasu – przeprowadzką z ciężkim bagażem doświadczeń, mnóstwem przemyśleń, wciąż wielkich nadziei i ogromem niewiadomych. Druga połowa listopada wcale nie jest tak odległa... a ja wolałabym zatrzymać czas... Ale nie mogę. Cofnąć też nie mam władzy, niestety.

Jesień radosna, dobra jest na spacery po parku. Wypadałoby mieć wtedy pojemne kieszenie – najlepiej z zamkiem, jak te w tej czerwonej bluzie z kapturem. Jest szansa, że brązowe kasztany wtedy nie wypadną spowrotem na zielony trawnik. Można tez zabrać koszyk lub chociażby reklamówkę. A jarzębina, albo może kalina? Nęci pomarańczową czerwienią, więc szkoda tak przejść obojętnie. A potem Pewien Mały Mężczyzna ma z tego radochę, bo z niewielką pomocą dorosłych dłoni może dawać im nowe życie.



A kiedy popada, wtedy można wybrać się do lasu, by poszukać czegoś jadalnego. I wcale nie musi to być zwierzyna ;) Podgrzybki, kozaki, maślaki, zające – czas na obiad? Czemu nie :) Zwłaszcza, że ten kolorowy wciąż oczekuje na inaugurację. Pamiętacie książkowe czystki podczas spotkania z Lipką? To od niej właśnie te kluchy :) Dziękuję! :)



Kolorowe grzybobranie

Masełko i cebulina – do rondla marsz aż do zeszklenia. A potem grzybki jeszcze. A wszystko po chwili dostaje do towarzystwa śmietanę. Sos już. Potem tylko w ukropie dokonuje się ujędrnienie gnocchi.