niedziela, 29 listopada 2009

Pleonazmatyczny Pan C.

Zmierzyłam się z Panem C. Wprawdzie Weronika* nie umarła, ale za to ja umierałam z każdą przeczytaną kartką – z nudów, rzecz jasna. Niestety, potwierdzam to, co już było dla mnie wiadome po "Alchemiku" – nie należę do targetu Paola – "mistrza płytkiej głębi"** (znalazłam to określenie kiedyś gdzieś w necie i okrutnie mi się spodobało). Z drugiej strony odnosiłam wrażenie, że skądś to już wszystko znam. Chwilę później trafił mnie przebłysk olśnienia i poczułam się jak Kathleen Kelly*** odkrywająca drugą maszynę do pisania. Tak! "Weronika", to jakby kompilacja "Przerwanej lekcji muzyki" Susanny Kaysen i "Lotu nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya. Tiaaaaa. Z ulgą dotarłam na 220 stronę (czyli ostatnią ;))
Z większym entuzjazmem powitałam Eduarda****. "Przygoda fryzjera damskiego" rozłożyła mnie na łopatki – ze śmiechu. To też jakby kompilacja: atmosfery filmów Tarantino i Allena, prześmiewczego antykryminału w połączeniu z wcieleniem w rolę głównego bohatera cech Fermina Romero de Torresa*** . Z tą tylko subtelną różnicą, że w porównaniu z Panem C. była smacznie podana i lekkostrawna – obyło się bez zgagi w postaci poczucia straconego czasu. Tym samym dość eksperymentów z Panem C. – no może z wyjątkiem felietonów, bo te akurat piszą się mu o niebo lepiej.

To może lepiej coś zjedzmy? Po naocznym spotkaniu z Ptasią i wspólnym gotowaniu, powzięłam jakże fantastyczną myśl, aby uczestniczyć w jej Tygodniu Korzennym. W tamtym roku było smacznie, to i teraz można by się skusić. No to kluchy!


Aromaty, rybka zwana solą i ryż makaroniarski

Cebulina wraz z przeprasowanym zębem czosnkowym zmiękła na oliwie i chwilę potem zaprosiła do rondla świeżutkiego imbirka. Po nim nadszedł czas na szczyptę cynamonu, kurkumę i chili. A w mgnieniu oka doskoczyły jeszcze zapuszkowane tomaty, nieco gałki muszkatołowej - świeżo startej nad rondlem, kilka goździków i trochę kuminu. I wszystko ze sobą gadało do chwili, aż sos nieco stracił na objętości. Wtedy pojawiło się mleczko kokosowe. A potem wpadła jeszcze pokawałkowana rybka zwana solą i dochodziła swoich praw, gotując się aromatycznie w sobie – korzystając z dobrodziejstw pyrkającego sosu, zwanego curry. Na koniec swoje trzy grosze dorzuciły: kapka soku z limonki i pieprznięty z młynka. A potem całe aromatyczno - korzenne towarzystwo już tylko pokładło się leniwie na ryżowym.



* „Weronika postanawia umrzeć” – Paulo Coelho
** sorencjo, nie chciałam być złośliwa ;) Chociaż bywa ze mnie wredna baba.
*** Kathleen Kelly, czyli Meg Ryan w "Masz wiadomość"; jest tam scena, w której KK będąc jeszcze z Frankiem Navasky’m – odkrywa drugą identyczną maszynę do pisania na jednym stole. Potem on wystukuje tekst "jesteś niczym trzcina..." Coś w ten deseń, enyłej – kto oglądał chociaż raz MW ten wie, o czym mówię. Kto nie wie, niech obejrzy ;)P
**** Eduardo Mendoza – "Przygoda fryzjera damskiego"
***** Fermin to uroczy włóczęga z "Cienia wiatru" Carlosa Zafona


Kuchnia wegetariańska

sobota, 28 listopada 2009

Tutti frutti :)

„Bywają w życiu człowieka chwile – zwłaszcza po okresach stałego podsycania próżności odwagą zamiarów – gdy nogi uginają się nagle, jakby były z waty, i jedyne, czego naprawdę się pragnie, to uciec nie oglądając się za siebie.”*

Ja też pragnę czasem uciec, nawet coraz częściej...
Uciec przed dniem wczorajszym, uciec przed dzisiejszym i uciec przed jutrzejszym...
Ale nie moge, bo nogi, nogi jakby były z waty, nie pozwalają mi na to...
Więc brnę dalej przed siebie, z coraz większym przerażeniem, czy dam radę, czy zdąże, czy podołam i wciąż nie wiem co mnie czeka za chwilę, za kolejną krótką chwilę..
Jednak są też przyjemne chwile, jak na ten przykład Cytrusowa Chwilka, znaczy się Cytrusowy Weekend organizowany przez Tatter. Czemu „chwilka”? Bo rok temu tak ten weekend się zwał i tak mi już zostało ;) Może z sentymentu?

Weekend z cytrusami mamy po raz trzeci jak mnie komórki szare nie wprowadzają znów w błąd ;)
Ja ta dopiero drugi raz mam możliwość wziąć w niej udział, w sumie to jestem dumna, że już drugi raz :)

Miałam w zanadrzu kilka przepisów, które chciałam wypróbować. A to różne sosy, a to potrawy z ryżu czy cytrusy z rybami, ale jak u Caritki zobaczyłam Pomarańczowy makaron, od razu wiedziałam co robię ! ;)
Oczywiście kilka zmian wprowadziłam, bo i rybę dodałam, i typ makarony zmieniłam, no i zamiast świeżej kolendry dałam świeżą bazylię :) A na koniec gotowe już danie polałam jeszcze odrobiną świeżego soku pomarańczowego, tak dla podkręcenia słodkości i kwaskowatości jednocześnie ;) A no i zwykłej cebuli nie miałam, była tylko czerwona, podwędzona z babcinej spiżarni. Stwierdziłam, że i ta dobra, kolorku doda :)



Pomarańczowy makaron z cytrynową rybą
1 porcja
60 g makaronu Cavatappi
1 pomarańcza
kilka listków świeżej bazylii
1 czerwona cebula
trochę oliwy
sol, pieprz
1 filet z mintaja
sok z cytryny
Rybę pół godziny przed smażeniem posypać pieprzem i skropić sokiem z cytryny. Następnie usmażyć i odstawić na bok.
Pomarańcze dokładnie wyszorować, obrać ze skórki i wycisnąć sok. Skórkę pozbawić albedo i drobno pokroić.
Cebulę obrać i posiekać. Zeszklić na oliwie, dodając pod koniec smażenia skórkę pomarańczy.
Sok z pomarańczy (zostawić z 2 łyżki ) zagotować z wodą i ugotować makaron al dente. Odcedzić i wrzucić na patelnię. Dokładnie wymieszać z posiekaną bazylią, odrobinę soli i rybą. Na talerzu polać odrobiną soku z pomarańczy.




* Gustaw Herling-Grudziński — Inny świat

piątek, 27 listopada 2009

A co z powrotem? Z powrotem! :)

Kiedy się wyjeżdża, czasem się wraca. Obwieszczam, że sprawa załatwiona – skutecznie oddzieliła grubą kreską to, co było i to, co będzie. Tym samym – wróciłam nie tylko do punktu wyjścia, ale i tutaj. Ale już myślę o powrocie – tam! Bo jedne powroty wcale nie cieszą tak samo, jak powroty inne. Na wszystko jednak potrzebny jest czas. Czas! – bywa też odmierzeniem dystansu podróży. A ta ostatnia była wyjątkowo długa – perfidny wypadek losu wydłużył ją bardziej, niż to było konieczne. Całe szczęście był chleb :) Na pocieszenie i na powrót – też będzie długaśno. Wszak bucatini też się przecież ciągną jak spaghetti.



Długi makaron, rybka i tomaty.
To proste: na dziewicę trzeba rzucić ząb czosnkowy i kilka sardeli (zwanych anchois). Po 4 minutach wlać białe półwytrawne, a kiedy ono zniknie po angielsku, wtedy my pomagamy zniknąć czosnkowi. Wtedy doskakują tomaty i się dusi wszystko ze sobą w jednym rondlu pi razy oko 15 minut. Ostatnim rzutem wpada zapuszkowany, acz rozdrobniony Pan Tuńczyk, oregano i tymianek, pieprz i sól. A wszystkim oblepia się ujędrnione bucatini.




A propos powrotów – wypaplałam już Lipce, to nie przeciągam dłużej struny. Niniejszym ogłaszam wszem i wobec, że powracam na własne, samodzielne poletko (ale Pasty bynajmniej nie opuszczam). Chodźta teraz na
BEŁKOTY (klik, klik!) ;)

czwartek, 26 listopada 2009

Goni!

Czas mnie goni ze wszystkich stron!
Paranoja jakaś naprawdę!
Nawet na blogu czuję presję czasu !
Oj nie tego to już za wiele. To wina Hirka, na bank jego wina!
Bo jak nie ma winnego, to trza go znaleźć no nie?
” Człowiek potrafi każde nieszczęście swoje przypisać czyjejś winie.”*
To ten Hirek się ze mną ma...ale tyle makaronu co on wtrynia to już tylko ja wiem, więc przynajmniej sobie na niego winę zrzucę, a co ! I tak go znowu nie ma, bo na miasto poleciał. Podobno nie na laski, ale jasne, ja już mu uwierzę...
Ale nie rozwódźmy się już na Hirkowymi nie-podrywowym celem wylotu na miasto, a makaronem, a raczej dyniową zupą z makaronem...ale nie byle jaką zupą, ale taką o korzennych aromatach. Bo korzenny weekend trwa i juz nawet powoli zmierza ku końcowi, a ja tu nic nie przygotowałam... Znaczy się już nie nic, a coś, a tym czymś jest Dyniowo-korzenna zupa z makaronem :)
A teraz lecę, bo czas goni...



Aha zupa tym smaczniejsza, że z makaronem Simpsons, od Oczka otrzymanym :)


Dyniowo-korzenna zupa z makaronem

2 porcje
350 g upieczonej dyni
350 ml mleka
garść makaronu
Mleko zagotować, upieczoną dynię pokrojoną w kostkę i zmiksować. Doprawić do smaku cynamonem,kardamonem, gałką muszkatołową, łyżeczką cukru i szczyptą soli.
Makaron ugotować al dente i nałożyć po porcji do miseczek, a następnie zalać zupą.

*Friedrich Hebbel

Kuchnia wegetariańskaKuchnia wegetariańska

P.S. Dziękujemy za wyróżnienia: Mafilce i Cremebrulee, nie pociągnę zabawy dalej bo Oczko dalej nie obecne, a sama to nie to samo co dwie ;)

czwartek, 19 listopada 2009

Straszy! W kurniku straszy!

Skoro na eksperymentalnym jesteśmy w mięsno- groszkowych klimatach to może i tu w tych klimatach pozostaniemy?
Faza na mięso jeszcze mi nie minęła, co mnie bardzo dziwi, bo zwykle trwa tylko jeden dzień, a tu ciągnie się i ciągnie. Nawet tofu nie kupiłam, choć będąc w sklepie już je w łapkach trzymałam, i nie wiedzieć czemu odłożyłam na półkę. Hmmm dziwne, bardzo dziwne...
W sumie w moim domu ostatnio same dziwne rzeczy się dzieją! Nie mówię tu już o tym, ze jem mięso codziennie, ale na ten przykład dzwonki w komórkach (nie w jednej, a w dwóch) same się zmieniają, dziwne sny co po niektóre osoby nachodzą i w nocy straszy! A jeśli chodzi o sny to nie pytajcie jakie to sny, bo

[...] snu nie da się opowiedzieć. Opowiedziany przestaje być snem.”* ;)

Trza stąd uciekać póki się spokojniej nie zrobi. Ale to dopiero jutro, a dziś musimy być dzielne i nie dać się czarnym mocom ;) I jeszcze zjeść sobie makaronik, makaronik z groszkiem i pieczonym kurakiem :)



Trottole z kurczakiem i groszkiem
1 porcja
60 g makaronu Trottole
garść zielonego groszku (u nie mrożony)
50 ml śmietanki 12%
pieczone/smażone/gotowane mięso z kurczaka (u mnie podudzie, smażone)
ząbek czosnku
pieprz, tymianek, sól- szczypta
ewentualnie świeża bazylia do ozdoby
Makaron ugotować al dente, pod koniec gotowania wrzucić groszek i gotować jeszcze ok 4 minuty.
Czosnek posiekać i zeszklić na odrobinie masła, zalać śmietanką i doprawić solą, pieprzem i tymiankiem.
Mięso z kurczaka pokroić w mniejsze kawałki i wrzucić na patelnię.
Makaron z groszkiem odcedzić i wymieszać z kurczakiem i śmietanką. Ewentualnie doprawić jeszcze do smaku. Wyłożyć na talerz. Można przystroić świeżymy listkami bazylii.

*Wiesław Myśliwski — Traktat o łuskaniu fasoli

wtorek, 17 listopada 2009

Popędy i takie tam

I Oczko pojechało i Pasta i Basta! na mojej łasce...
A Oczko prosiło, lub kazało jak kto woli, dobrze gospodarzyć w naszej makaroniarni.
Hmmm, łatwo powiedzieć... Tylko co ona miała na myśli to pisząc??? Podejrzewam, ze chodziło jej o gotowanie kluch, obcykanie ich i wrzucenie na bloga... Pewnie tak, no bo jak inaczej.
Ugotować kluchy, ugotuje, zjeść zjem, ale ze zdjeciami to już gorzej. Aparat do czterech liter mam, słońce za chmurami się chowa, a no i zdolności moje są na poziomie zirooowym ;)
No i jeszcze publikacja, jak zawsze brakczas i z publikacją też kiepsko.
Ale pasa trza zacisnąć i coś tu wrzucić, co byście o nas ni zapomnieli. Zwłaszcza, że ja też wyjeżdżam, już w piątek, już niedługo. Myślałam, ze po wiedzę jadę, ale Pan Leszek K. wyprowadził mnie z błędu...:

Nie, nie dla wiedzy podróżujemy. Nie po to też podróżujemy, by na chwilę z codziennych trosk się wyrwać i o kłopotach zapomnieć [...] Nie, nie żądza wiedzy nas gna ani ochota ucieczki, ale ciekawość, a ciekawość jak się zdaje, jest osobnym popędem, do innych niesprowadzalnym.” *

No niech będzie, że nie dla wiedzy, nie w ramach ucieczki, a przez ciekawość, która jest popędem..dobrze, że nie seksualnym, bo już bym się zaczęła bać ;P

A jak już my tu o ciekawości, to gdzieś w necie znalazłam kiedyś jakiś takiś przepis na makaron z marchewkowym pesto... bardzo mnie zaciekawiło jak może smakować. Tam podawali bodajże dodatek orzechów, ale ja wolałam sezamem zarzucić, a jak ja już coś wolę, to i tak robię ;)



Jak wyszło? Bardzo smacznie, choć trochę słodko. Dla niektórych może być trochę mdłe, dlatego polecam dodanie jakiejś ostrej papryczki dla smaczku ;)

Cavatappi z marchewkowym pesto
1 porcja
1 średniej wielkości marchewka
70 g makaronu
1 łyżka prażonego sezamu białego
½ łyżeczki sezamu czarnego
natka pietruszki – ilość wedle upodobania
śmietanka lub mleko
tymianek, sól, pieprz, słodka i ostra papryka

Marchew obrać, umyć i pokroić w kostkę. Następnie posmarować oliwą i wyłożyć na blaszkę, zapiekać ok. 20 min (aż będzie pół-miękka, jeszcze chrupiąca) w 200 stopniach.
W międzyczasie ugotować makaron, uprażyć sezam i posiekać pietruszkę.
Upieczoną marchew zmiksować w blenderze z sezamem, olejem sezamowym i częścią natki pietruszki. Można dodać trochę śmietanki lub mleka dla smaku i uzyskania aksamitnej konsystencji. Doprawić do smaku suszonym tymiankiem, solą, pieprzem i słodką papryką.
Makaron odcedzić, wymieszać z sosem marchwiowo-sezamowym i wyłożyć na talerz. Posypać pozostałą natką i czarnym sezamem.

*Leszek Kołakowski — Mini wykłady o maxi sprawach

niedziela, 15 listopada 2009

"Komu w drogę, temu teraz" *

W mieście powstała nowa inicjatywa – Kobiece Salony Filmowe. Wybrałyśmy się tym razem z Justą, bo wreszcie był film, którego bezskutecznie (aż do tej chwili) wyglądałyśmy w repertuarze. Mowa o "Julie & Julia". Na seans szłam nastawiona bardzo pozytywnie i... z jeszcze bardziej pozytywnymi wrażeniami po – wyszłam z kina. Jestem ukontentowana grą Meryl Streep! Dla niej samej warto się wybrać na film. No dobra, nie tylko po to – dla jedzenia też ;)
Kiedy oglądałam film, poczułam się momentalnie dziwnie swojo. Chwilę później doznałam olśnienia! Ja skądś to wszystko znam! Po krótkiej chwili już wszystko było jasne! Jeśli nie poznaliście osobiście Lipki, nie rozmawialiście z nią na żywo i nie gotowaliście – wyobraźcie sobie, że właśnie taka pasja z niej bije. Taka pozytywna ambicja perfekcjonizmu (ach! ten stos cebuli krojonej przez Julię). Wyobraźcie też sobie, że właśnie tak wspiera ją Es i otacza troskliwym zainteresowaniem, że właśnie tak chwali jej gotowanie, i wreszcie, że tak radośnie jest u nich w domu. Przyznam po cichu, że zazdroszczę im tego. Tym bardziej się cieszę na spotkanie. Brakuje mi tego wspólnego pieczenia chleba :)



Tymczasem znikam. Wyjeżdżam na chwilę, bo czeka mnie (dosłownie) sądny (sic!) dzień. Trzymajcie kciuki, co bym trzymała i fason, i emocje na wodzy. Wrócę! Princess pilnuj gospodarstwa ;)
A przed podróżą kluchy, bo przecież na pusty żołądek nie powinno się wychodzić z domu ;)




Na szybko –--> wystarczy rozpuścić gorgonzolę w odrobinie mleka, wymerdać w niej penne tri colore i posypać italiańskimi. Z dedykacją dla Polonii, bo tak ładnie się podlizała ostatnio ;P Smacznego maupko! ;) Możesz mnie już wpisać ostatnim rzutem na taśmę w orzechowy rejestr ;) "Komu w drogę, temu teraz" ** :)



*, ** "Fabula rasa" – o ile dobrze pamiętam. Wątpię by była to "Siekierezada", albo któryś z wierszy. Stachurę odkryłam na początku ogólniaka. Pamiętam, jak latem godzinami siedziałam na ławce w parku, dłubałam słonecznik i pożerałam "Fabula rasę". Mnóstwo słów z niej wydobyłam, a potem przepisywałam do kajecika. Ulubiony? To ten, który wypisałam czarnym markerem na białej bawełnianej koszulce:

"Gdy już będziesz wielkim słońcem, nazbyt się w sobie nie rozkładaj, nie rozsiadaj. Wróć pamięcią do czarnej pestki malutkiego słonecznika. Normą świata ludzi winien być umiar."

Napis był na plecach, więc kiedy odwracałam się do człowieka tyłem – wciąż do niego mówiłam... słowami STED-a ;)


piątek, 13 listopada 2009

A takie tam...kluchy

„O szczęściu mówiłem. Że szczęścia trzeba szukać w sobie, a nie naokoło.
Że nikt go człowiekowi nie da, jak sam sobie go nie da. Że szczęście jest nieraz bliziutko, może w tej ubogiej izbie, gdzie się całe życie żyje, a ludzie Bóg wie gdzie go szukają.
Że niektórzy w sławie i bogactwie go szukają, ale na sławę i bogactwo nie każdego stać, a szczęście jest jak woda i każdemu chce się pić. Że nieraz jest go więcej w jednym dobrym słowie niż w całym długim życiu.”*
Czujecie się szczęśliwi, czujecie, że żyjecie tak jak byście chcieli, tak jak sobie zaplanowaliście.
Czy osiągacie wyznaczone cele, podnosicie poprzeczkę, która z dnia na dzień jest coraz niższa, dążycie do tego co na chwilę obecną wydaje się nie możliwe, ale przy odrobinie pracy i własnego wkładu staje się możliwe.
Czy potraficie cieszyć się z błahostek, rzeczy pozornie normalnych, naturalnych, wynikających z dnia codziennego. Czy potraficie się cieszyć zarówno z ciepła, jak i z zimna, słońca i śniegu, z wiosny i zimy?
Czy kiedy problemy się nawarstwiają i czujecie, że nie dacie rady, potraficie spojrzeć na wszystko przez różowe okulary i powiedzieć sobie, to minie, będzie lepiej?

Nie?

Może warto spróbować to zmienić? Ja spróbuje…

ale najpierw zjem sobie michę makaronu z orzechami w rzeczy samej :)



Szpinakowe tagliatelle z orzechami i pietruszką
1 porcja
- makaron tagliatelle szpinakowe ok. 70 g
- garść orzechów laskowych
- łyżka posiekanej natki pietruszki
- pół ząbka czosnku lub czosnek granulowany
- mielona papryka wędzona
- sól, pieprz
- oliwa lub masło
Makaron ugotować al. dente. Orzechy uprażyć w piekarniku lub na patelni teflonowej, pozbawić skórki, posiekać i rozgnieść w moździerzu z dodatkiem czosnku i papryki. Jeśli ktoś chce mocno czosnkowy aromat proponuję dać czosnek świeży, ja wolałam przewagę aromatu orzechowego, dlatego dałam czosnek granulowany.
Makaron odcedzić i wymieszać z oliwą lub masłem. Następnie dodać pietruszkę i rozgniecione orzechy, doprawić solą i pieprzem. Wymieszać.

* Wiesław Myśliwski — Kamień na kamieniu


czwartek, 12 listopada 2009

Favola!

Zdarzyło się Wam oglądać bajki... na randce? ;) Nam tak! ;) Z sentymentem wspominam te dawne, wspólnie spędzone godziny na kanapie. My, a z nami Johnny Bravo i jego lanserski ruch sortującej dłoni, Atomówki z bojową Brawurką, Laboratorium Dextera z rozkosznie dziecinną i głupiutką Dee Dee , Chojrak – tchórzliwy pies i zrzędzący Eustachy ("głupi pies!" ;)). Simpsonowie, z obżerającym się pączkami Homerem, też się zdarzały. To były piękne czasy :) Życie może być bajką tylko wtedy, kiedy sami się o to postaramy.

Bajka na talerzu? Prrrrrroszę!



Kubuś Puchatek i duszone okrutnie warzywa ;)

Bajecznie proste---> wino, zwane białym półwytrawnym, oliwa, bakłażan, zwany oberżyną, tudzież gruszką miłosną, pomidory zwane psianką pomidorem, zwane złotym jabłkiem, zwane jabłkiem miłości, które z punktu widzenia botaniki nie są warzywami, a owocami, bazylea z krzaka zwana bazylią wonną, balsamem, bądź bazyliszką polską i w końcu papryka zielona zwana pieprzowcem wraz z cukinią - dyniowatą krewną kabaczka. Innymi słowy zupełnie nieskomplikowane ;) Zatem: gruszka miłosna najpierw poplastrowana ma do czynienia z solą, co by wydobyć z siebie gorycz i być już łagodnie przyjemną – w smaku, rzecz jasna. A potem niczym wariacja na leczo: rozgrzana oliwa, na nią sruuu papryka, potem koncentrat pomidorowy i białe półwytrawne wespół z resztą towarzystwa. Wszystko radośnie pyrka, dusząc się w swoim towarzystwie, pi razy oczko 20 minut. Na koniec trzeba jeszcze pieprznąć z młynka i przysolić szczyptę, albo i dwie. A na wierzch ujędrniony Kubuś Puchatek (ale bez beczki miodu). I żyli długo i szczęśliwie*




Piernikowo - śmietanowy Scooby Doo

Tutaj przyznam się bez bicia, że zainspirował mnie Dess w swoim komentarzu a propos serdeczności. Miałam też w pamięci piernikowe risotto jakim uraczyła nas (czyli Princess i mnie) - Lipka podczas wspólnego pobytu w Kurniku (ależ to dawno było!).


Tym samym w oczka głowie zrodził się pomysł na śmietanowo – piernikowy sos na słodko. Wszak, skoro długo bywa słono, to czasem można sobie posłodzić ;)
Przygotowanie zupełnie jak bajka - mało skomplikowane. Rondel, w nim śmietana rozrzedzona mlekiem. Ta zawołała do towarzystwa przyprawę do piernika i nieco cukru. Atmosfera w rondlu na ogniu nieco zgęstniała, zatem czas na wymiąchanie z kluchami. A na koniec po wierzchu posypka ze zmiażdżonych... tak, tak! – pierników :) Bajeczna słodycz ;) Tylko nieco niewyględna naocznie ;)


A Simsonów już widzieliście – tam ---> w rosołowej kąpieli ;)



* yyy a tak! to nie ta bajka –--> i smakowali pysznie, o! ;)

wtorek, 10 listopada 2009

Szaleństwo

„- Co to znaczy być szalonym?
- Właśnie. Tym razem odpowiem ci wprost: szaleństwo to niemożność przekazania swoich myśli. Trochę tak, jakbyś znalazła się w obcym kraju- widzisz wszystko, pojmujesz, co się wokół ciebie dzieje, ale nie potrafisz się porozumieć i uzyskać znikąd pomocy, bo nie mówisz językiem tubylców.
- Każdy z nas czuł to kiedyś.
- Bo wszyscy, w taki czy w inny sposób, jesteśmy szaleni.”
*

I ja jestem szalona i to bardzo bardzo, czasem aż za bardzo… W dosłownym tego słowa znaczeniu, choć co ono oznacza? Czymże jest szaleństwo, kim jest człowiek szalony, jak go poznać?
Czy ma jakieś znaki szczególne, czy tak na pierwszy rzut oka możemy powiedzieć: tak, ona jest szalona!
Czy można podać definicje szaleństwa? Szaleństwem może być przecież zakup “zbędnej” (choć moim zdaniem wszystko ma jakiś cel przeznaczenia i jest niezbędne ;) ), a może nienormalne zachowanie?
No dobrze, ale czym w takim razie jest normalność? Według sjp normalność to “życie toczące się według ustalonych, znanych praw i zwyczajów”, ale przecież … no właśnie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a jeśli siedzi się niewygodnie można osądzać i przesądzać bardzo nieprzychylnie…

Tak naprawdę nieważne co znaczy szaleństwo, kogo można uznać za szalonego lub normalnego, ja chcę być szalona i za taką będę siebie uważać…dlaczego? Bo szaleństwo ma w sobie coś ekscytującego, tajemniczego, pociągającego, a normalność jest taka normalna…

Lubię szaleć wszędzie, cokolwiek to oznacza ;)


*P.Coelho, Weronika postanawia umrzeć


A wiecie gdzie bardzo lubię “szaleć”? A no w kuchni, tworząc i eksperymentując, łącząc składniki, które dla większości są nie do połączenia…



Orzechowa soba z kurczakiem i mozzarellą
1 porcja
70 g makaronu soba
kilka orzechów włoskich, obranych ze skorupki
mozzarella (ok. 30 g)
podudzie z kurczaka lub inna jego część
świeża bazylia
sól, pieprz, czosnek granulowany
Makaron ugotować al dente. W międzyczasie mozzarellę pokroić w kostkę. Orzechy rozgnieść w moździerzu. Mięso obtoczyć w ulubionych przyprawach ( u mnie przyprawa złocista do kurczaka) i usmażyć, by był rumiany. Usunąć kość i pokroić w mniejsze kawałki.
Bazylię posiekać.
Makaron odcedzić i wymieszać z pozostałymi składnikami. Przyprawić solą, pieprzem i czosnkiem do smaku.

poniedziałek, 9 listopada 2009

"Następne 365"

Lecim dalej z listopadową Panią. Tym razem na tapecie felieton pana C.

"Mam nadzieję, że uda mi się przeżyć następne 365 dni w taki sposób, jakbym patrzył na wszystko po raz pierwszy. Chciałbym spojrzeć na otaczających mnie ludzi przyjemnie zaskoczony, cieszyć się, że są obok i dzielą się ze mną miłością, o której wszyscy nieustannie mówią, nie rozumiejąc, co tak naprawdę znaczy. (...) Przez 365 dni będę zachowywał się tak, jakbym widział wszystko po raz pierwszy – mam na myśli szczególnie drobne szczegóły, które kiedyś wydawały mi się magiczne, ale dawno o nich zapomniałem. (...) Tyle jest rzeczy na świecie, tyle dróg, którymi można iść, tyle drzwi, które można otworzyć i zamknąć. (...) Chciałbym dostrzec tajemnicę w rzeczach, które dobrze znam: moim łuku i strzałach, kubku, w którym piję kawę, i butach, które nosiłem tak często, że przyrosły prawie do moich stóp. Oby wszystko, czego dotkną moje ręce, i wszystko, na co spojrzę, było czymś nowym. Znane mi przedmioty przestaną być martwe, staną się czymś fascynującym i wywołają we mnie nowe uczucia. Chcę spojrzeć na słońce, tak jakbym widział je po raz pierwszy (jeśli jutro pojawi się na niebie), albo na zachmurzone niebo, jeśli taka będzie jutro pogoda. Nad moją głową rozpościera się niebo, które ludzie obserwowali przez tysiąclecia, wymyślając różne teorie na jego temat. Zapomnę wszystko, czego nauczyłem się o gwiazdach, zamienią się one w anioły albo małe dzieci, albo w coś, co objawi mi się w owej chwili. Świadomość upływu czasu i życia sprawia, że traktujemy to, co się dzieje, jak coś oczywistego. A ja potrzebuję tajemnicy – chcę usłyszeć grzmot i wierzyć, że to głos wściekłego boga, a nie wyładowanie elektryczne w atmosferze. Chcę, aby w moim życiu pojawiła się magia, wściekły bóg jest bardziej interesujący i przerażający niż niezwykłe zjawiska atmosferyczne. Chciałbym przez każdy z tych 365 dni patrzeć na swoje ciało i duszę tak, jakbym robił to po raz pierwszy. Będę się przyglądać ludziom, którzy spacerują, rozmawiają i odczuwają tak jak inni, chciałbym poczuć zdziwienie, przyglądając się najprostszym gestom." *

O Paulo Coelho zwykło mawiać się, że to taki literacki szarlatan, który pakując w swoich książkach mnóstwo mądrości i rad, tak naprawdę wcale nie sili się na wyjątkowość, Ba! Wręcz przeciwnie – poddają go nawet twierdzeniu, że w zasadzie plagaituje. Nie wiem, nie znam się – do tej pory przebrnęłam tylko przez "Alchemika". Nie mam zatem wyrobionego zdania, choć planuję przyjrzeć się temu z bliska, naocznie – samej ślizgając się po literkach. Ale co w związku? Ano! Film właśnie jest w kinach - o Weronice (zaadaptowana "Weronika postanawia umrzeć" ** – wspomnianego pana C.). I tutaj stanowczo przyznam, że warto, nawet dla samej muzyki – zwłaszcza tej fortepianowej. I dla zdania (parafrazuję nieco, bo nie pamiętam dokładnie): "moje kłamstwo pozwoliło jej w końcu uwierzyć, że każdy nowy dzień można traktować jako cud, którym w istocie jest."




Alfredo i jego fettucine
(Fettucine all’Alfredo – "Viva la pasta", s.46)

Rondel z grubym dnem to podstawa! W tejże podstawie wypadałoby roztopić masło (8dag), do masła wrzucić starty parmezan (12dag) i śmietanę (22-30 %, szklanica). Zagotować i pozwolić atmosferze w rzeczonej wyżej podstawie zgęstnieć. Może to potrwać pi razy oko 10 minut. Potem wpada zielona pietrucha, sól i pieprznięty. I w takim stanie miesza się ujędrnione fettucine (na upartego i tagliatelle może być.)


* miesięcznik Pani, listopad 2009
** Zdaje się, że Princess jest świeżo po lekturze książki, zatem pozwoliłam sobie bezczelnie na uzupełnienie. Najwyżej zdzieli mnie koronną poduchą po łbie ;)P

sobota, 7 listopada 2009

Lekcja polskiego

Monika Piątkowska w listopadowym felietonie Pani - "Życie jako instrukcja obsługi", próbuje przekonać, że wcale tak nie jest źle z naszym narodowym czytelnictwem, bo przecież - stwierdza dalej (nieco ironicznie), że wciąż ślizgamy wzrokiem po literkach. Począwszy od składu masła, przez opakowanie z jajkami od kury niewolnicy, by skończyć na postawieniu sobie diagnozy lekarskiej ;) Chętnie dałabym Wam do przeczytania tekst, ale Pani niestety nie zdecydowała się na publikację, w sieci akurat tego felietonu. Wszystkie inne są, ale ten – nie wiedzieć czemu – nie. No nic, trudno. Bo tak właściwie to ja o książkach chciałam. Wszak rzucił mi się w oko kolejny artykuł w rzeczonym miesięczniku – "Spis treści" się nazywa. Spowiadani: Juliusz Machulski, Maja Ostaszewska i Leszek Możdżer* (gdyby nie fakt, że nie mogę być rozrzutna, to w tym miejscu chwaliłabym się, że nie dalej jak 2 tygodnie temu byłam na jego koncercie. Ale jako że nie byłam, to pozostaje mi tylko ubolewać nad tym faktem ;)) Do rzeczy jednak – "Spis treści" lotem błyskawicy skojarzył mi się z "Cieniem wiatru" Zafona ("czytać to bardziej żyć, to żyć intensywniej" i "niewiele rzeczy ma na człowieka tak wielki wpływ jak pierwsza książka, która od razu trafia do jego serca")
Machulski, Ostaszewska i Możdżer: trzy różne osobowości, trzy różne upodobania, trzy różne spojrzenia na to, czego się szuka w książkach. Jeden motyw wspólny? A jakże! - jest (że się znowu posłużę Zafonem) - Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie.
Co ciekawe, do różnych książek podchodzimy różnie, ba! Nawet do samego autora. Na ten przykład "Spóźnieni kochankowie" Whartona. Czytałam ją po raz pierwszy jako nastolatka i byłam zachwycona. Kiedy jednak powróciłam do niej po 10 latach, okazała się banałem, historią za bardzo wyperfumowaną, lekko niestrawną nawet. Fakt ten jednak wcale nie prowadzi jeszcze do stwierdzenia, że nie powinno się wracać do przeczytanych książek. Czasem warto, bo można odkryć coś nowego. U mnie tak jest z "Grą w klasy". Kto czytał historie kuchenne, ten pewnie pamięta wypisywane cytaty. Tak! Mogę powiedzieć, że to moja ulubiona książka. Trafiła mnie, jak deszcz z bezchmurnego nieba. Na tyle, że czytam ją co jakiś czas. I to nawet nie od strony pierwszej do ostatniej. Bynajmniej! – sam Cortazar tego nie proponuje. Otwieram dajmy na to jeden rozdział i zachwycam się kunsztem języka gliglińskiego (tłumacz musiał mieć ubaw), przeskakuję na inny, a tam – dialog hiszpański. Jeszcze inny zmusza mnie do czytania co drugą linijkę. Ach ta Rayuela – gra (sic!) sobie ze mną jak chce ;)
Mam tylko z tym nie lada problem. Jaki? Przecież skoro zachwyca, to co jest nie tak? Otóż! Byłam ostatnio w bibliotece. Szukałam Zafona, ostatecznie wyszłam z Mendozą, ale... uprzednio omiotłam dokładnie półkę wzrokiem. Cortazar! Stało w rządku kilka innych książek oprócz "Gry..." I wiecie co? Nie miałam odwagi wziąć ze sobą żadnej. Chyba się boję, że może upaść mit Rayueli ;) Chyba jeszcze nie czas na to :)



Lekcja polskiego - kapusta głowa pusta i łazanki

Najlepsza mówi, że kapustę z łazanki zwykła robić następująco: najpierw poszatkowaną kapuścianą głowę obgotowuje. A dopiero później dodaje nieco tłuszczu, namoczone i pokawałkowane grzyby suszone, przyprawy (majeranek albo zioła prowansalskie, liść laurowy, ziele angielskie, sól i pieprzniętego) i gotuje. Pod koniec dorzuca omdlałą cebulinę, a potem ujędrnione łazanki i chwilę jeszcze warzy na gazie.
Kluchy z okazji II edycji zabawy "Gotujemy po polsku", którą organizuje Kuchnia Ireny i Andrzeja, a patronuje serwis zPierwszegoTłoczenia.pl.



* Lesiu w rzeczonym artykule stwierdził: "Dla mnie uprawianie literatury to zachwycanie się rzeczywistością" i dalej dopowiada jeszcze, że "intryguje go sztuka zawarcia w kilku słowach sedna rzeczy, to że u mistrzów jeden wyraz potrafi oddać kolor i smak"
No ładnie, mnie też :)


Uwaga!! Jeszcze jedno z innej beczki, bo (tutaj)Briczka się groźnie patrzy ---> potrzebna pomoc dla stoczniowych futer! (wszystko tutaj)



Gotujemy po polsku! - edycja II

piątek, 6 listopada 2009

Nie miało, ale...

Miało mnie tu dzisiaj nie być...
A tu surprise i jestem :)
Tak to już w moim życiu bywa, że się plany ciągle pokrzyżowują, jakby nie patrzeć.
Było już ustalone. Wyjeżdżam dziś, wracam za 5 dni. Nie widać mnie i nie słychać, tylko wpadam 11 co by zdążyć na impre u Grumków i u Elo-Polki.
Grafik ułożony, a tu patrzajcie i podziwiajcie, jestem i nawet kluchy zajadam.
Ale nie ma tak dobrze, nie bójcie się, tak czy siak znikam na te kilka dni i pewnie się nie pokażę, aż do środy.
Choć jednak może się tak zdarzyć, że luknę do was, o ile tylko, moja cierpliwość spłata mi figla i będzie bardziej wytrwała niż to zwykle bywa... bo tam gdzie jadę to komputer jest z epoki kamienia łupanego, a internet...lepiej nie mówić...takie rzeczy to tylko w Erze ;)
Niestety, a może stety, moja dzidzia, czyli moje własne okno na świat zostaje w domu, wraz z Hirkiem, bo jedno ma za zadanie pilnować drugiego.
Hirka pod opieką Śpiącej już nie zostawię, bo znów przeterminowaną czekoladę będzie żreć. Teraz sobie porządzi, bo kluch ma nagotowanych na cały tydzień i będzie mógł sobie dogarzać jak tylko zechce. Co najwyżej później na jakąś dietę przejdzie. Choć w sumie, co ma sobie facio żałować, toć 2012 już nie długo... ;)

To może na dowidzenia czymś mądrym zarzucę co? Co by nie było, że tak o d*** Maryny tylko piszę, no i o jedzeniu ;)

„-Nie chce znać pani stanu swojego zdrowia?
-Wiem ,jaki jest-odparła Weronika.-Mój stan to nie to, co widzicie w moim ciele, ale to, co dzieje się w mojej duszy”


*Paulo Coelho , "Weronika postanawia umrzeć"



Kluchy z twarogiem i orzechami są przygotowane w ramach akcji Gotujemy po polsku!, której patronem jest serwis zPierwszegoTłoczenia.pl. Makaron ten przygotowany jest też w ramach akcji orzechowej, mam nadzieję, że dziewczyny pozwolą mi na taki falstart ;)

Fusilli z twarogiem i orzechami
inspiracja: Kuchnia Polska M. Caprari
1 porcja
60 g makaronu fusilli
pół kostki twarogu
sól, pieprz
łyżeczka masła
garść orzechów włoskich
zielenina (u mnie pietruszka)
Makaron ugotować al dente w lekko osolonej wodzie, dobrze odcedzić. Ser przetrzeć przez sito. Masło rozgrzać na patelni, wrzucić makaron i smażyć, stale mieszając, do lekkiego zrumienienia. Zdjąć z ognia i wymieszać z przetartym serem ( i orzechami). Doprawić do smaku solą i pieprzem. Posypać posiekaną zieleniną.

Gotujemy po polsku! - edycja IIOrzechowy tydzień - edycja II

czwartek, 5 listopada 2009

Czy kurczak lubi kwiaty? ;)

"W wędrówce przez życie warto szukać ludzi. Oparcie, pomoc znajdujemy nie tylko w małżeństwie, także w przyjaźniach, w najróżniejszych grupach ludzi, z którymi dzielimy marzenia i aspiracje. Poczucie osamotnienia ma to do siebie, że samo się wzmacnia, trzeba na to uważać. Nie obrażać się na życie. To nie samotność jest pułapką czy tragedią, ale nasze przekonanie, że jesteśmy pokrzywdzeni przez los. A przecież doświadczenie samotności jest również szansą na przeżycie czegoś ważnego, okazją do rozwoju." *

To były najlepsze i najhuczniejsze urodziny jakie miałam w ogóle :) Takiej ilości ciepłych życzeń i uśmiechu w: esach, blogowych dedykacjach, na forach, podczas rozmowy przez fona** - nie spodziewałam się w ogóle. Ba! Nawet Najlepsza nie pomyliła tym razem 3 -go listopada z 4 – ym (jak to miała w zwyczaju). Starszy też sam z siebie złożył życzenia (a przez wiele lat podejrzewałam go, że nie zna mojej daty urodzin ;)) A i od Małego Mężczyzny jeszcze dostałam buziaka z życzeniami zdrowia. Było też słodko – Justa wręczyła własnoręcznie zrobione wafle z kremem czekoladowym :)
Z tego miejsca składam Wam dzięki Robaczki :) Może jednak nie jestem taka do końca zła? :)



Czy kurczak lubi kwiaty? ;)

Z tego co naocznie zaobserwowałam, potrawka zrobiła się następująco: mięso z rosołu rozmieniło się na drobno i wpadło do omdlałej na oliwie cebuli, podlało nieco superanckim i podgotowało chwilę. Potem wpadła mąka dla zagęszczenia atmosfery sosu. Jeszcze tylko dosmaczenie i włala! Zielona pietrucha ląduje dopiero jak towarzystwo jest już na porcelanie (razem z ujędrnionymi kluchami)



* "Elementarz Wojciecha Eichelbergera dla kobiety i mężczyzny", s.112
** Lipka raz jeszcze dzięki! I duży buziak.


środa, 4 listopada 2009

Oczkowe Party

Drodzy moi!
Wczoraj balowaliśmy, świętowaliśmy i toasty wznosiliśmy w Orzechówce.
Oczywiście za Oczko, w rzeczy samej!
Toć urodziny miała jakby nie patrzeć.
A ponieważ to nie byle jakie urodziny były to wypada zrobić poprawiny. Imprezkę do Piernikowa przenosimy!
Skoro oblewamy (nie olewamy, o nie nie nie!) urodzinki makaroniary to wypada wszamać jakąś pastę, jakąś smaczną pastę. Oczko ostatnio coś przebąkiwało, że mozzarellą ją tu szczuję, to żeby nie było, mozzarellę dostanie. I to zapiekaną i to w towarzystwie szpinaku i makaronu, jakby nie patrzeć :)
Jedna chochilka dla mnie, druga dla Oczka, a reszta w kuchni, na lewo od czystej.
Brać i się częstować drodzy moi. Toć Oczkowe urodziny zajadamy (i oblewamy :) )



A które to już urodzinki Droga Ma Lotna Kobitko? A no tak, kolejna 18-stka ;)

p.s. Hirek krzyczy, że kwiatek dla Oczka :)

Zapiekany makaron ze szpinakiem i mozzarellą

na 2 kokilki
65 g makaronu (najlepiej krótkiego, u mnie Funghini tricolore)
100 g mrożonego szpinaku
ząbek czosnku
śmietanka 18%
dwa plastry sera mozzarella
szczypta soli, pieprzu i gałki muszkatołowej
Makaron ugotować al dente. Szpinak rozmrozić na patelni, wcisnąć ząbek czosnku, doprawić i wyłączyć gaz. Gdy trochę ostygnie dodać odrobinę śmietanki i makaron, dokładnie wymieszać.
Kokilki wysmarować masłem, włożyć do nich makaron i przykryć plastrem sera.
Zapiekać ok. 25 min w 200 stopniach C (aż ser się zarumieni).

wtorek, 3 listopada 2009

oczko z przymrużeniem ;)

"Znamy się mało, więc może ja bym powiedziała parę słów o sobie – najpierw.
Urodziłam się w 1983 roku w listopadzie, to znaczy na początku listopada, właściwie to zaraz jak on się zaczyna. Yyy, dokładnie 3 listopada 1983 roku. Nooo, tyle może o sobie - na początek. Czy są jakieś pytania? ;)" *

* No dobra! koniec parafrazy ;) A teraz klik na Tubkę ;) ---> TUTAJ


Von – troba z wizytą w sadzie

Ptasia powiedziała, co by wątróbkę smażyć tak jak zwykle, tyle tylko aby wrzucić wcześniej cebulinę, a dopiero potem jabłka (przy czym podkreśliła, iż lacrimosa w towarzystwie von jest swoistym conditio sine qua non). Zrobiłam deczko inaczej. Dlatego von – von obtoczyła się w białej i wskoczyła na patelnię z oliwą. W chwili, kiedy obróciła się na drugi boczek (von, nie – dziewica), dopiero dostała cebulinę w piórkach i od razu jabłka rozmienione w kostkę (ze skórką). Wszystko upiło się jeszcze białym półwytrawnym (potem popyrkało jeszcze) i pieprznęło z młynka na koniec. W tak zwanym międzyczasie ujędrniło się w rondlu armoniche (dostając później nazwę per „sweter, który się pruje”) O! I już! Dobre było.

(Pamiętam jakby to było wczoraj, a rzeczywiście działo się 10 lat temu. To ona była ostatnim mięsnym kąskiem. Potem nastały zielone czasy z okresowym przepływem ryb przez talerz.
Zatem nadrabiam – była już winna. Teraz jabłecznik ;) A będą jeszcze inne ;))



Princess - buziaki. Zawartość paczki będzie się ujędrniać falująco ;)

niedziela, 1 listopada 2009

Czerwone kwiatki

Mroźne dni nastały, choć słoneczko świeci. Dziwna ta pogoda. Z jednej strony mróz w policzki łaskocze, z drugiej słonko czoło pieści. Z kolei z trzeciej strony dobrze, że nie pada, bo tego to już w ogóle nie znoszę.
Dzisiaj dość smutny dzień, może nie tyle smutny a zadumiasty. Wspominamy naszych bliskich co kiedyś z nami byli a już ich nie ma, wspominamy też tych co byli nam mniej bliscy, jednak w jakiś tam sposób są dla nas ważni. Odwiedzamy groby znanych i nie znanych, zastanawiamy się nad sensem życia, istnienia, co się dzieje z naszymi duszami po śmierci, czy w ogóle coś się z nimi dzieje. Tego niestety, a może stety nikt nie wie i nie wie też czy się dowie.
Ja nie lubię cmentarzy, unikam ich jak mogę, omijam szerokim łukiem. Wiem, że to żywych trzeba się bać, a nie zmarłych, ale cmentarze mnie przerażają...nie tym, że są miejscem pochówku, ale ...nawet nie umiem tego określić. Nie lubię też Dnia Wszystkich Świętych, tej całej otoczki, tego przeświadczenia, że trzeba się pokazać w nowym berecie (najlepiej moherowym) i zrobić sztuczny tłok. Jeśli mam ochotę zapalić świeczkę na znak pamięci o kimś to mogę zrobić to każdego innego dnia, w ciszy i spokoju, bez gwaru, tłoku i wyścigu szczurów.
Nie poszłam dziś na cmentarz, byłam wczoraj rano, przywitałam się z tatą i odwiedzę go znów za jakiś czas, jak poczuję, że to ten moment. Za tydzień też pójdę na cmentarz, ale inny, i też sama, i też otoczona tylko i wyłącznie przez ciszę.
Zamiast robienia sztucznego tłoku na cmentarzu zrobiłam sobie prawdziwy tłok w kuchni. Zabalowałam tam ja i żyrafina, bo Hirek poleciał zobaczyć co tam na cmentarzu, ciekawski on jak nie wiem. Wrócił dopiero na obiad!



A my z żyrafiną same ostro wojowałyśmy i koniec końców z papryki pesto zrobiłyśmy. :) A dla rozweselenia dnia z kwiatuszkami je podaliśmy :)



Makaron z pesto z czerwonej papryki
70 g makaronu (u mnie w kształcie kwiatków, ale może być penne lub inny)
1 mała czerwona papryka
pół ząbka czosnku
kilka listków bazylii
mały kawałek fety
mielone migdały
łyżeczka octu ryżowego
ewentualnie czarny pieprz (dla mnie bez pieprzu było już dość ostre)
W celu przygotowania pesto należy nagrzać piekarnik do 80 stopni (termoobieg), a paprykę umyć i ponakłuwać wykałaczką. Wstawić na ok. 20-25 min do piekarnika, raz ją przewracając. Po upieczeniu (skórka zczernieje) ostudź ją, zdejmij skórkę i usuń pestki. Miąższ wraz z sokiem zmiksować na gładką pastę z czosnkiem, bazylią, migdałami, octem, pieprzem i połową fety. Pesto można doprawić też solą, to zależy od ilości dodanej fety, która już sama w sobie jest słona.
W czasie pieczenia papryki ugotować makaron, odcedzić i wymieszać z pesto. Wyłożyć na talerz i posypać pozostałą rozkruszoną fetą.