piątek, 25 czerwca 2010

Czy sałatka to sztampa?

Odwieczne pytanie filozofów brzmi: „czy sałatka to sztampa?”
Wszak to na pozór nic wielkiego – kilka produktów, jeden nóż do krojenia, jedna łyżka do wymieszania. Banał - jakby nie było. Kobieta pracująca może odrzec na takie dictum: „bynajmniej!”. Bo oto wyobraźmy sobie taki cudowny, sielankowy wręcz obrazek: siedzisz w pracy, łokciami opierasz się o biurko, wzrok wtapiasz w monitor, a w brzuchu burczy niemożebnie. Zjadłoby się obiad, co? Najlepiej jeszcze, żeby smakował i nie kosztował fortuny w zestawieniu z rzeczywistością leżącą na talerzu. Jest na to rada! Właśnie wynaleziono rewolucyjny produkt na miarę człowieka pracującego – lunch box. A w nim kluchy ze sztampą, czyli sałatkowy misz – masz.



Na ten przykład sztampa na kokardkę – roboczo (sic!) zwana nr 1:

Wymerdane razem:

ujędrnione kluchy
dziewica (ciut - do wody, w której mają ujędrniać się kluchy)
ugotowany bób
udko z kurczaka
pieprznięty i sól
nigella zwana czarnuszką
dziewica
(sok z limonki też by się nadał – zapomniałam kupić limy, ech pech!)

To tak na początek, ale uwaga, rozkręcam się, bo funkcjonuję już w systemie 8.00-16.00, 5 dni w tygodniu, a 2 pozostałe przeznaczam na nicnierobienie ;)

środa, 23 czerwca 2010

Łoś wyszedł, wszedł tuńczyk :)

Oczko ostatnio wrzuciło zdjęcie na swego bloga z podpisem: „Coś się kończy, coś się zaczyna”.
Przyjęłam to z przymrużeniem oczka, ale teraz coś mnie tknęło i wróciłam do tego „cytatu”.
A co jak coś się skończy nim się zaczęło?
Jakby to powiedział wczorajszy kurczak mały: trza rozpocząć coś nowego.
Ale dzisiejszy usiadł, pomyślał i ...zgłodniał ;)
Więc co zrobił? A trzy kroki do wielkiego kosza z makaronem i losowanko zrobił.
Padło na wstążki. Miało być z łosiem wędzonym, ale wyszedł wczoraj z lodówki (hirek mu pomógł), więc padło na tuńczyka, ale łoś w niedziele będzie ;) A jak nie będzie to kogoś zadziobię na śmierć ;)



Tagliatelle z tuńczykiem
1 porcja
- 70 g makaronu tagliatelle
- pół puszki tuńczyka ( w oleju lub w sosie własnym)- pół puszki (70g)
- mała cebulka
- ząbek czosnku
- łyżka posiekanej natki pietruszki
- 2 łyżki serka quark lub gęstej śmietany
- szczypta soli, pieprzu i papryki wędzonej
- ewentualnie kiełki do pospania (u mnie lucerny)
Makaron wrzucić do wrzątku i gotować ok. 8 minut.
W międzyczasie obrać czosnek i cebulę, drobno pokroić i zeszklić. Na patelnię wrzucić tuńczyka, wymieszać, lekko pogrzać i przyprawić do smaku solą, pieprzem i papryką. Dodać serek/śmietanę i połączyć składniki.
Makaron odcedzić, wrzucić do sosu i dokładnie wymieszać. Przełożyć na talerz i posypać pietruszką i kiełkami.

sobota, 19 czerwca 2010

Zajadam się sobą*

Jeszcze nie wpadłam w dokumentny samozachwyt, w związku z tym nie mogę (ku własnemu ubolewaniu ;)) napisać, że smaczny kąsek ze mnie. Nawet gdybym mogła, to wolałabym per: "słodka babeczka", bo lubię słodycze ;) Zatem nie zajadam się w uwielbieniu sobą jako sobą - okiem. Natomiast obiektem mojej konsumpcji padły gryczane kluchy – tym razem ala oriental. Przepis – z modyfikacjami sponsoruje opakowanie, w którym skrywały się grzyby mun.


Zajadam się sobą, czyli zorientowanie na makaron.

soba
dziewica
kurczęcy cyc
grzyby mun
cebulina
superancki
sos sojowy
szczypiorek
czarny sezam
sól, pieprznięty kolorowy

Najsampierw zajęłam się grzybami. W sensie zalałam je wrzątkiem, przykryłam i zapomniałam. Potem wzięłam się za piersi – nie, nie! – nie swoje, a kurczęce. Pokroiłam w małe paski, oblepiłam w dziewicy, przysoliłam i pieprznęłam kolorowo. Potem wrzuciłam na patelnię i smażyłam. Z radością stwierdzam, że tak smażyć lubię. Wrzucam, potem przemieszam, a reszta robi się sama. Fajnie! W tak zwanym międzyczasie wyłowiłam mun z wrzątku i rozdrobniłam nożem. Następnie pozwoliłam omdleć cebulinie na dziewicy, dorzuciłam jej grzyby, zalałam ciut superanckim, dodałam sojowego i usmażone mięso. Przysoliłam, pieprznęłam i dusiłam jeszcze chwilę, przerzucając machinalnie większą uwagę na ujędrnianie soby w ukropie. Wszystko razem ożeniłam na talerzu i obsypałam duetem szczypior – sezam. Na koniec zjadłam – rzecz jasna.


* by wegetarianka :) zapamiętałam z komentarza i nie zawahałam się użyć ;)

wtorek, 15 czerwca 2010

Życie seksualne komarów

Ugięłam się pod naporem życzeń na temat edukacji seksualnej. Niechcący sponsporkami notki są Pinos i Konsti, gdyż to one domagały się wiadomości z życia godowego komarów, wyrażając tym samym ubolewanie, iż piszę o bulgotach i piwnych oczach, a komary zrzuciłam na dalszy plan. Więc oto się rehabilituję.

Komary, Moi Drodzy, nie boję się tego napisać – to lekkoduchy. Skaczą sobie z kwiatka na kwiatek, i żeby tego było mało - spijają nektar. Ale nie czarujmy się – są oziębli. Nie pulsuje w nich gorąca, żywiołowa krew. Nie mogliby być Kubańczykami w salonie masażu ;) To nie oni, jak się mylnie sądzi, odżywiają się krwią. To komarzyce odnajdując w sobie wampirzy zew, niczym rasowe uwodzicielki, przyssawają się do człowieka i czerpią, czerpią, czerpią... ;) Oczywiście w tym przypadku, stereotyp żądnej płci pięknej niestety wygrywa. Achhh!, cóż począć...

Na ciekawostkę natknęłam się w „Walce Płci” Johna Sparksa (s.104). Cytuję: „Komar Aedes aegypti jest jednym z najbardziej znanych komarów świata, ponieważ jego samice roznoszą wirusa odpowiedzialnego za żółtą febrę w Afryce i Ameryce. Choć skutki jego działalności mogą być tragiczne, trudno nie przyznać, że jego życie płciowe jest fascynujące. Kiedy samica Aedes zostaje zaplemniona, jej pociąg do samców natychmiast zanika. Tę nagłą zmianę nastroju zawdzięcza swemu partnerowi, którego nasienie zawiera hormon szybko wchłaniany przez ściany jej pochwy do układu nerwowego. Hormon ten powstrzymuje jej pęd rozmnażania i jest bardzo silnym środkiem uspokajającym: próbka pobrana z jednego samca może doprowadzić ponad 60 samic do kompletnej oziębłości płciowej.”

Hmmm, oziębłe komary... oziębiają komarzyce. Jak widać, wpływ patriarchatu nawet u nich zaistniał ;)


***



„Kiedy pojawiły się wieczorne roje komarów, Mikael i Lisbeth sprzątnęli nakrycia z ogrodowego stołu i przenieśli się do kuchni.”*



A w kuchni? Nie było ani komarów, ani nic... specjalnie wyszukanego do jedzenia. Tylko kluchy z truskawkami, imbirem i kolorowym pieprzem. Truskawki podziabałam z cukrem i wybełtałam ze śmietaną, doprawiając świeżo startym imbirem. Wymiąchałam z ujędrnionymi kwiatami i pieprznęłam kolorowo z młynka.


* Stieg Larsson – „Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, s.416

piątek, 11 czerwca 2010

Już nawet nie o "niczym"

Zostałam dziś zobligowana przez Oczko do „wrzucenia czegoś na pastę”.
Ale cóż ja mogę tu napisać skoro Oczko napisała taki elaborat „o niczym”.
Toć mi już nawet to „nic” nie zostało.
Może napiszę tylko, że ostatnio mam ogromną ochotę na coś słodkiego, coś tak wciągnąć w siebie i nie myśleć o konsekwencjach owego wciągnięcia.
Jednakże, stety lub niestety, jestem nie tylko romantyczna, ale i rozważna, zatem zamiast słodkości, owych pralinek, o których dziś Oczko mi pisało, wciągnęłam kluchy i to w wersji wytrawnej.
Narzekać nie mogę, bo było ...pysznie ;)



p.s. Oczko ciszaaaaa ;)

Ruote z tuńczykiem i fetą
1 porcja
70 g makaronu Route Tricolore (lub innego)
ząbek czosnku
pomidor
pół puszki tuńczyka wsw
świeżo zmielony czarny pieprz, papryka suszona w płatkach
kapka oliwy
kawałek sera feta
Pomidor pokroić w kosteczkę, czosnek posiekać, a tuńczyka odsączyć z zalewy. W miseczce wymieszać czosnek, pomidor, tuńczyka, oliwę, pieprz i paprykę. Odstawić do przegryzienia.
Makaron wrzucić do wrzątku i gotować ok. 8 min. W tym czasie fetę pokroić w kostkę.
Makaron odcedzić, wymieszać z pozostałymi składnikami i podawać.

na podstawie przepisu Marghe z małą modyfikacja w postaci papryki suszonej i kształtu makaronu ;)

środa, 9 czerwca 2010

Kilka słów o niczym

O czym można napisać, kiedy nie wiadomo, co pisać? Bo czy kogoś interesuje, że w biały dzień w parku tną komary wykorzystując powodziowy raj, który sprzyja ich rozmnażaniu? Czy zafrapuje spostrzeżenie, że dzisiaj w końcu świeciło słońce, a jeszcze w czwartek była ogromna ulewa? A może zainteresuje fakt, że kawa (parzona w kawiarce, żadna tam rozpuszczalna namiastka) może mieć posmak czekolady? I czy istotne jest, że nie zostanie się milionerem skreślając celnie tylko jedną liczbę na sześć? Czy może ważne jest dla postronnego czytelnika, że spoglądanie w pewne piwne oczy napawa radością? Lub jeszcze: czy ciekawym wyda się, że kiedy nie ma pomysłu na obiad, można po prostu ujędrnić kluchy? Co można napisać, kiedy nie wiadomo, co pisać? Chyba nic. Można po prostu bezpardonowo i w milczeniu przejść do konsumpcji.


Kluchy z podwójnym pesto

kluchy (trenette)
pesto
parmezan
italiańskie

Na początek ujędrniły się kluchy – trenette aromatyzowane pesto. A kiedy dokonały, czego miały dokonać we wstępnym założeniu, wówczas wymerdały się z pesto (zasłoikowanym – niestety), obsypało wiórkami parmezanu i kawałkami italiańskich. I to by było na tyle. Nic ciekawego, o czym można by długo strzępić klawiaturę.