sobota, 24 grudnia 2011

Absurd z wściekłym sosem



„Co jakiś czas widzę w restauracji osobę, która, zamiast jeść jak człowiek, fotografuje każde danie. Wiadomo – bloger.” *

* Nigel Slater - „Babskie gotowanie” z cyklu Spotkania za stołem, Kuchnia 1/2012, s. 65


***
Kiedy jechałam na kolejne makaroniarskie spotkanie z Princess przejeżdżając tramwajem skrzyżowanie Wilanowskiej z Puławską uważnie wyglądałam przez okno tramwaju, aby przekonać się, czy prawdą są zasłyszane głosy jakoby Biesiadowo, które pod względem oferowanego smaku dań uplasowało się na ostatnim miejscu klusek doświadczalnych, zostało zamknięte na trzy spusty. I rzeczywiście – choć szyld wisi nadal, to oprócz niego również płachta z informacją, że lokal jest do wynajęcia. No cóż, wygląda na to, że nie tylko nam tam nie smakowało. Ale nie o tym jednak dzisiaj będzie, a o bliskim sąsiedztwie obiektu, nad którym swego czasu troszkę się pastwiłyśmy.
W środę naszym celem był bowiem kolejny adres – Absurd228 na Puławskiej.



Princess już na mnie czekała na miejscu, więc zdążyłam tylko zdjąć kurtkę, a naraz jak dżin pojawił się Pan Kelner z menu. Zamówiłyśmy od razu kawę: latte i cappuccino. Szybko też zdecydowałyśmy się na kluski – spośród 5 pozycji (do wyboru ze spaghetti lub penne) wybrałyśmy: ja spaghetti aglio e olio, a Princess penne ala arrabatta.



Pamiętacie aglio e olio, które zamówiłam w restauracji Figga na Marszałkowskiej? Obfitość oliwy nie nastroiła mnie wtedy zbyt entuzjastycznie do zamówienia. A jak było tutaj? Chyba się rozpłynę i tym razem nie w oliwie, ale nad daniem. Wszystko było jak należy. Idealnie ugotowany makaron, wyważony smak, doskonałe proporcje ostrości chili do odświeżającej natki pietruszki, duże płatki parmezanu, a wszystko na eleganckim, dużym, białym talerzu. Tak właśnie restauracja powinna karmić swoich gości. Dziesięć na dziesięć.

Przejdźmy do pasty Princess. Ale najpierw zapoznajmy się ze słownikiem włosko – polskim. Arrabbiato z włoskiego oznacza wściekły, zażarty.



Spójrzcie teraz na składniki arrabiatty w menu Absurdu (pomidory pelati, czosnek, cebula,świeże zioła, parmezan).



A teraz mając w pamięci słownik włosko – polski pomyślcie jak może się Wam kojarzyć danie ze słowem arrabiatta? Czyż nie jako danie, które może zaatakować? Znienacka z ostrością wtargnąć na język jak złodziej zza rogu? Jeżeli nie wiemy, że danie, które się zamówiło może być ostre, można wpaść w lekką konsternację. Ja na ostrość byłabym przygotowana, bo ten sos akurat znam, ale gość, który niekoniecznie o nim słyszał lub nie chodzi ze słownikiem pod pachą może się zdziwić, kiedy chili, której nie ma w menu nagle zjawia się na talerzu.



Princess, a Ty? Spodziewałaś się hiszpańskiej inkwizycji? ;)
No właśnie nie! Ja chilli unikam jak ognia, a może nawet bardziej. Nie trawię i już. Zżera mnie od środka. Sosu też nie znałam, bo skoro unikam ostrego to ten sos nigdy mnie nie zaciekawił. A czytając menu...no cóż, ja tu o ostrym nic nie widzę...
Stąd prychająca nosem, w jesienno-zimowym nastroju, postanowiłam zamówić makaron z lekkim sosikiem na poprawę nastroju...A tu masz Ci babo wściekłego psa...! Zjadłam, bom głodna była, makaron był dobrze ugotowany, ostrość jakoś przetrawiłam, ale ja mam chyba jakiego pecha! Najpierw fasolka zamiast groszku, a teraz coś ostrego w moim daniu.
Ale powiem tak, gdyby nie ten ostry smak, to bym dała 10/10 :)


Tytułem zakończenia - Absurd na naszej liście ląduje na bardzo wysokiej pozycji, ale z jedną uwagą: Panie menadżerze lub Pani menadżer - warto w menu zwrócić gościom uwagę, że danie może być ostre. Jedni specjalnie je wtedy zamówią, innym zaś oszczędzicie niemiłego zaskoczenia lub tym np. z chorobą wrzodową żołądka ustrzeżecie przed niemiłymi wspomnieniami po posiłku.


***
Restauracja Absurd228, Puławska 228 (Mokotów)

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Nie, to trza zmienić!

Makaroniary ciała dają.
Żeby nie powiedzieć dosadniej: kupra!
A z czym? Wiadomo: z wpisami.
Jakby niby makaronu nie jadły.
A wiem, że jedzą, no dobra choć jedna je.
Jedna czyli ja :)
Ta druga podejrzewam, że też. Bo w końcu makaroniarą jest.
To zmienić trzeba i to od zaraz.
Na ten przykład makaronem z czarnego ryżu z tofu i brokułami :-)




Makaron z tofu i brokułami w sosie teriyaki
1 porcja


  • 50 g makaronu spaghetti z dzikiego ryżu
  • kilka różyczek brokuła
  • 1/3 kostki (ok. 50g tofu)
  • garść orzeszków ziemnych
  • łyżka sezamu
  • sos teriyaki- ok. 2 łyżki
  • sos sojowy- 1 łyżka,
  • wędzona papryka mielona
  • oliwa


Tofu pokroić w kostkę, zamarynować w mieszance sosu teriyaki i papryki wędzonej - marynować ok. 30 min.
Makaron ugotować al. dente (kilka minut dosłownie mu starczy).
Brokuły ugotować na parze.
Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić tofu (wraz z marynatą), a gdy zacznie ładnie brązowieć dodać brokuły. Po kilku minutach podlać delikatnie sosem sojowym, posypać sezamem i podgrzewać na małym ogniu co jakiś czas mieszając- 2-3 minuty.
Makaron odcedzić, wymieszać z zawartością patelni, przełożyć na talerz i posypać orzeszkami ziemnymi.

piątek, 9 grudnia 2011

Uszka i kopytka w trattorii Sukces

Pomiędzy jedną a drugą wizytą w Zielonym Groszku, wybrałyśmy się na kluski na Mokotów. Miejscem naszego kolejnego makaroniarskiego rekonesansu była tym razem Trattoria Il Successo.


Przed przyjazdem na miejsce, oczywiście najpierw tradycyjnie weszłyśmy obejrzeć menu na ich stronie internetowej. Przyznajemy się bez bicia, że po wglądzie w krótkie menu nie bardzo wiedziałyśmy na co się zdecydować. Nie, żeby mało - objętościowa karta była złem. Wręcz odwrotnie! Bardzo lubię lokale, które mają konkretną i krótką listę. Jest wtedy szansa, że rotacja produktów w kuchni ma odpowiednie tempo i nie zalega na półkach lodówki w magazynie.

Lokal w środku ma zapewne sprawiać wrażenie, że siedzi się pod gołym niebem, na rynku jakiegoś włoskiego miasteczka (po masce na ścianie, celowałabym, że gdzieś w Wenecji).



Jednak późno - popołudniowa pora w środku tygodnia nie zapełniła sali gwarem klienteli. Oprócz naszego, zajęty był jeszcze tylko jeden stolik, inny zaś czekał z rezerwacją. Być może większe zainteresowanie restauracja wzbudza w wolne od pracy weekendy lub piątkowe wieczory. Tego nie wiemy i możemy tylko spekulować. Tia czekał z rezerwacją i się chyba nie doczekał, bo w czasie naszej bytności nikt się nie pojawił- napisała Pricni.

Zaczęło się jednak dobrze. Miła Pani Kelnerka przyniosła całkiem niezły starter - grissini z sosem (zdaje się) majonezowo - paprykowym lub pomidorowym. Już nie pamiętam. Nie pamiętasz? Toć sos Ci tak posmakował, że...;P
Czas jednak zamówić coś do jedzenia. Ponieważ nie byłam jakoś szczególnie głodna, na dodatek słabo zdecydowana na coś konkretnego – zamówiłam tortellini in brodo, czyli jak zapewne wiecie - uszka pływające w rosole. Zapytałam się bardzo uprzejmej Pani Kelnerki jak duże są te pierożki. Powiedziała, że niezbyt duże. Nie skłamała, były dokładnie takie, jakie zademonstrowała uprzednio. Żałowałam jednak, że nie zadałam dodatkowego pytania, mianowicie: „a ile ich pływa w tym rosole?”. Bo jak dla mnie pływało trochę za mało. Naliczyłam kolo 6 lub 7 sztuk. Wolałabym więcej niż 10, ale może ja się nie znam, może chodzi głównie o zawartość płynną, a nie tę do gryzienia. To ma piękna pewnie miało stanowić starter przed głównym daniem. Nie wyszłaś na tym najlepiej to fakt ;) No dobra, masz rację Princi, zupa to nie drugie danie, a przynajmniej we Włoszech. W Polsce jak kto chce ;)



Same tortellini były bez zarzutu. Raczej nie byłabym skłonna twierdzić, że są robione na miejscu, bo całkiem możliwe, że nie są. Ale to akurat nie jest ujmą – nadzienie było w porządku. Czepiłabym się jednak rosołu – smak miał lekko podejrzany. Gotuję rosoły w domu bez zbędnego dodatku jakim jest glutaminian, więc jestem chyba wyczulona na wegety i inne erzace dodawane do potrawy. No cóż, nie spodziewajmy się wszędzie trzęsienia ziemi.

Princess natomiast zdecydowała się na Gnocchi Verdi (gnocchi w sosie śmietanowo-szpinakowym z parmezanem). To Wam mogę śmiało polecić, z tego co udało mi się jej skubnąć z talerza - było całkiem niezłe. Sos dobrze doprawiony, gnocchi w konsystencji też w porządku. Nie skubnąć nie skubnąć, toć Cię dokarmiałam dobrze, bo mi żal Ciebie było ;) Ale moja porcja była na tyle duża, że dwie blondyny, jedna mniejsza, druga większa, się mogły najeść :)



Princi, Ty też polecasz?
Pewnie, że polecam!

Zamówiłyśmy też herbatki. Ponieważ Princess bolał brzuch, a miałyśmy jeszcze po jedzeniu pójść na prapremierę do Kinoteki – ona zamówiła herbatę miętową. Ja pokusiłam się o różaną. W kwestii herbaty w lokalu raczej nie spodziewam się ochów i achów, bo najczęściej są to zwykłe torebkowe liptony (no dobrze czasem jeszcze trafiają się torebkowe dilmahy). Wyjątkiem są susharnie z czajniczkami i czarkami. W Il Successo nie dostałyśmy oczywiście herbaty stricte liściastej, ale nie była to też papierowa torebka. Lokal bowiem podaje herbaty marki La Via Del Te w materiałowych, przejrzystych saszetkach, zanurzonych w czajniczku. Przyznam szczerze – zaskoczyli mnie. Nad smakiem herbaty też nie ma co marudzić. Była ok.

Myślę, że Il Sucesso też możecie odwiedzić. Zapowiada się dobrze. Sama chyba też się kiedyś jeszcze tam wybiorę - zupełnie incognito. Princess, czy Ty również? Jak mnie zabierzesz ze sobą ;)


No tak, Zemfi musiała moje blaszaki na palcach pokazać światu ;) No cóż, bez nich czuję się goła ;) I patrzcie: nie są różowe!

No dobra, ale konkrety. Mnie się podobało, choć trafić tam ciężko, zwłaszcza jak ktoś prowadzi w przeciwnym kierunku i o dwukrotnie, prawda Zemfi? ;) Smakowało mi, herbatka był super, ale i tak wolę kawę ;) Gnocchi rewelacja, a Oczkowy rosół, no cóż...Każdy lubi co innego ;)

Zemfi dzięki za wpis, jak zawsze spisałaś się na medal, pfu pfu kluski ;)

***
Trattoria Il Successo, ul. Biały Kamień 1 (Mokotów)

sobota, 3 grudnia 2011

Green Peas, czyli smaczna powtórka z rozrywki (i bez deficytów)

Po ostatniej wizycie w Zielonym Groszku i niefortunnej fasoli w makaronie, oraz w związku z potencjałem drzemiącym w opisanym barze, planowałyśmy, że jeszcze się tam kiedyś wybierzemy celem weryfikacji nabytych wrażeń. Jednak w międzyczasie naszą recenzję przeczytał szef Groszka i zaprosił nas na darmowy makaron. Jako że gratis i darmowe, to nasze ulubione ceny, nie omieszkałyśmy skorzystać z propozycji i skierowałyśmy w tamtym kierunku kroki swoich, bądź co bądź, zgrabnych nóżek ;)

Na początku nasz plan był taki, że powiadomimy Groszka, którego konkretnie dnia uda nam się pojawić na miejscu. Potem jednak przyszedł pomysł, że weźmiemy ich z zaskoczenia ;) Zatem ujawnienie, że my to my odbyło się dopiero w momencie zamawiania i (ewentualnego) płacenia za kluski.

Ja, zgodnie z tym, jak planowałam wcześniej – zamówiłam spaghetti z tofu, Princi zaś penne ze szpinakiem. Z uwagi jednak, że na zębach nosi ostatnio biżuterię z różowymi gumkami – zrezygnowała, uwaga!, z orzechów włoskich.

Pamiętacie pewnie o tym, że jest to bar, więc obowiązuje samoobsługa? Ha! Nie tym razem, makaron podał nam właściciel prosto do stolika. Niezłe z nas gościówy, co? ;))

No ale dość gwiazdorzenia, wszak tematem jest makaron, a nie makaroniary. Makarony podobnie jak poprzednio były pyszne. I na dodatek porcja była spora. Nie dałam rady zjeść całej surówki, która została dołączona na osobnym talerzu.



Przyjrzyjmy się zatem spaghetti z tofu.Sosu na talerzu tym razem było odpowiednio dużo. Wprawdzie też, jak poprzednio, głównie pod makaronem, ale pomna wcześniejszych doświadczeń, zwyczajnie przemieszałam porcję klusek widelcem. Zresztą, jak Princess celnie zauważyła – zapewne chodziło o to, aby danie było atrakcyjne wizualnie. Zatem pamiętajcie, czasem warto zamieszać :)



Smak dania? O coś takiego chodziło! Pyszny, aromatyczny pomidorowo - ziołowy sos (proszę Państwa, ziół się więc nie bójmy :)), dobry makaron, tofu bez zastrzeżeń i odpowiednio pasujący do tego sezam i zielenina. Kluski bardzo na plus, piszę to bez wazeliniarstwa, a także nie dlatego, że makaron był za darmo. Zwyczajnie mi smakował. Prosty, bez udziwnień, smaczny.

Princi, a jak Twój?

Mój no cóż, szpinak (nawet bez orzechów) to nie był najlepsiejszy pomysł w moim bądź co bądź krótkim życiu. Nie chodzi o to, że był niesmaczny, bo smaczny to był, ale te szpinakowe wstęgi owinięte wokół mojego blaszaka w ustach to był koszmar. Z 10 minut spędziłam w wc walcząc z zielonymi wstęgami!
No, ale to nie jest tak istotne, jak sam makaron. 
Sosu było więcej! Był naprawdę lepiej przyprawiony i chciało się go jeść- nie wiem jak zmieściłam całą porcję! Tu właśnie moja uwaga- może dać dwie wersje makaronu- talerz duży i średni/mały - bo Panie Szefie Groszku porcje są ogromne, a w końcu to proekologiczny bar/restauracja i niefajno wyrzucać niezjedzone resztki.

Pewnie myślicie, że teraz słodzimy, bo dostałyśmy darmowe kluchy! Ale nie, nie ma to tamto, było smacznie. Szkoda, że nie mogłam skosztować ponownie pasty z marchewką i groszkiem (tym razem z nim, a nie z fasolką), ale no cóż, chyba marchewki bym nie pogryzła, a łykania, wybaczcie mam dosyć ;)

Mi smakował bardziej Oczka makaron z tofu, ale ja mam bzika na punkcie tofu i zawsze jest dobrze widziany w mym dziobie :-) Zatem, może jak LLorda zaciągnę do Groszku to na te kluski się skuszę :)



Zamówiłyśmy również kawę, za którą już zapłaciłyśmy (wszak zaproszenie było na makaron, a nie na cały anturaż z tym związany).



Masala coffee z garam masalą była aromatyczna, sama przyprawa zaś bardzo mocna. Chyba następnym razem do kanarka, czyli kawiarki oprócz kawy i zamiast przyprawy piernikowej wrzucę garam masalę. Pyszny pomysł! (zwłaszcza, że już dawno nie parzyłam korzennej kawy)

Podsumowując: tak jak poprzednio – znowu polecamy Green Peas. Zwłaszcza, że tym razem obyło się bez wpadek i deficytów w towarze- Oko, ale tego nie wiemy, toć groszku nie zamówiłyśmy ;) Oj Princess, odnoszę się do makaronów zamówionych, a nie w ogóle.

Na koniec jeszcze słówko odnośnie wspomnianego w poprzednim wpisie sklepiku. Podczas rozmowy z właścicielem, prostujemy – produkty na mini stoisku są dostępne do kupienia, ale dla osób mających kartę klienta. My nie dostałyśmy, ale wszystko w naszych rękach by ją zdobyć ;P

P.S. Panie Groszkowy Szefie, ja pamiętam o naszej rozmowie i jak tylko znajdę chwilę czasu, gdy nie pracuję lub nie śpię, odezwę się :) Podpisała ta większa blondyna ;) (z kitką czyli; swoją drogą Princi zabrzmiało to jak anons haha, ciekawe co Lord na to? ;P)

***
Green Peas eco bar & coffee, ul. Szpitalna 5 (Śródmieście)


sobota, 26 listopada 2011

Nie pora na pora

Na Eksperymentalnym wspomniałam o moim ulubionym makaronie.
Zatem wypadałoby tu o nim wspomnieć.
Choć chyba już wspominałam.
Tak, tak, dokładnie! Wówczas zaprezentowałam go z kurczakiem w sosie satay.
Teraz też będzie z kurczakiem, ale w sosie teriyaki, który też bardzo lubię.
Gdyby jeszcze tylko ten makaron był bardziej dostępny – jeszcze w sklepach na niego nie trafiłam :(
Droga firmo Blue Dragon proszę o makaronową ekspansję warszawskich sklepów ;)

A tymczasem pora nie na pora, a na kluski z kurakiem!


Makaron pełnoziarnisty z kurczakiem w sosie Teriyaki
2 porcje
Makaron wrzucić do wrzącej wody i gotować 3 minuty- po około 2 minutach dodać zielony groszek.
Odcedzić, przełożyć do miseczki.
Na oliwie podsmaż mieso kurczaka pokrojone na mniejsze kawałki, gdy zacznie się ścinać zalej sosem Teriyaki i duś jeszcze ok. 10minut. Na patelnię dodaj makaron i groszek. Wymieszaj, dopraw do smaku solą i papryką. Przełóż na talerze. Posyp sezamem.

sobota, 19 listopada 2011

Princess Pasta!

Ostatni tydzień przeleciał tak jakby go wcale nie było.
Gdyby nie dolegliwości brzuchowo-niewiadomo jakie pewnie bym nawet nie czuła, że żyję.
Pobudka o 5.30, szybkie pakowanko kupra za kółko i szybko do pracy (znaczy wolno, bo ja prowadziłam- tak tak ostrzegam tylko), po pracy biegiem albo na spotkanie z Oczkiem, albo gdzieś tam gdzieś tam.
Najwięcej energii straciłam w pracy, gdyż przed urlopem musiałam wiele rzeczy pozamykać, albo chociaż podomykać. I tak wczoraj padłam chwilę po 20, a dziś jestem jak jakiś zdechlak. Ta szaruga za okniem mnie wykończy.
Trza mi węgli w postaci makaronu, najlepiej kolorowych, wiosennych, tak właśnie radosnych.
Z pomocą przyszedł groszek, rzodkiewka i Pasta zwana Princess w kształcie księżniczek, karet i pałaców.
Smaczne, wiosenne i kolorowo!





Sezamowy makaron z rzodkiewką i groszkiem
1 porcja
  • 60 g dowolnego makaronu- u mnie princess pasta :)
  • kilka małych rzodkiewek
  • garść zielonego groszku- u mnie mrożony
  • kilka listków bazylii
  • łyżka uprażonego ziarna sezamowego
  • japońska mieszanka ziarna sezamu białego, czarnego białego maku, soli morskiej, sproszkowanego wasabi, nori, płatków chilli i skórki pomarańczowej
  • po łyżeczce oleju sezamowego, sosu rybnego i octu ryżowego
Makaron ugotować w osolonej wodzie.
Rzodkiewkę pokroić w zapałki, a mrożony groszek zalać wrzątkiem na kilka minut.
W miseczce wymieszać sos sojowy, olej sezamowy, ocet ryżowy mieszankę japońską (można spokojnie zrobić samemu). Powstały sos wymieszać z odcedzonym makaronem i groszkiem oraz posiekaną bazylią. Przełożyć na miseczkę i posypać uprażonym sezamem.

sobota, 12 listopada 2011

Coś mi tu nie grało!

Nie ma to jak porządki na komputerze.
Przez przypadek, przeglądając zdjęcia, lekko zmęczona po niepodległym rogalowaniu, znalazłam zdjęcie, na którym było coś co mi nie pasowało.
Ale co?
Czy tofu, którego tak dawno nie jadłam, że nawet nie pamiętam jak smakuje?
Czy Hirek, który chowa się w szafie przed Polką-Demolką (tak syn szefa ją nazwał, nie pytam nawet dlaczego ;) )
Czy co?
No właśnie, te dwie rzeczy + nie warszawski parapet kazały mi sądzić i dojśc do wniosku, że zdjęcie ma ponad rok i jest z okresu moherowego, gdy jeszcze sąsiadowałam z O.Dyrektorem.
Nie no, wyrzucić zdjęcia nie wyrzucę, bo kluchy serio mi smakowały, więc wrzucę by nie zapomnieć i kiedyś powtórzyć :)
Zatem dawny, smaczny i do powtórzenia: udon z tofu i pistacjami.



Udon z tofu, ogórkiem i pistacjami
1 porcja

  • 50 g makaronu udon
  • 50 g tofu
  • pół ogórka wężowego
  • garść pistacji bez łupin
  • szczypta soli i pieprzu
  • zioła prowansalskie
  • posiekany ząbek czosnku
  • kilka kropli oleju sezamowgo

Marynata do tofu:
  • łyżka sosu sojowego
  • łyżka octu ryżowego
  • łyżeczka oleju sezamowego

Makaron ugotować al. dente.
Tofu pokroić w kostkę, zmarynować w mieszance sosou sojowego, oleju sezamowego i octu ryżowego. Odstawić na 30 min, a potem usmażyć na patelni teflonowej.
Ogórek obrać i pokroić w kostkę. Pistacje posiekać.
Ugotowany makaron odcedzić, wymieszać z ogórkiem, czosnkiem, tofu i pistacjami. Doprawić do smaku solą, pieprzem, ziołami. Skopić olejem sezamowym.



piątek, 4 listopada 2011

Peace Siostro! W Green Peas nie będzie groszku ;)

Zielony Groszek na Szpitalnej rzucił się nam w oko, gdy przechodziłyśmy koło niego zmierzając na spotkanie do sąsiedniego t-baru Dilmah. Zerknęłyśmy na szybkę z menu (makaron z tofu!) i już wiedziałyśmy, że któregoś razu wejdziemy do środka. Okazja nadarzyła się szybko, bo postanowiłyśmy tam świętować wigilię moich urodzin.


Wnętrze całkiem sympatyczne, z przyjemną groszkową zielenią na ścianach. Lokal jest nastawiony na jedzenie eko, gluten free a nawet wegetariańsko (ale mięso też jest), a w menu (bardzo ekologiczne, kilka kartek bez udziwnień) można wyczytać, że mają certyfikaty, że jak jajka to tylko zerówki, że jedzenie, to tylko uprawiane ekologicznie – czyli idą z duchem czasu. Można sobie nawet na miejscu obejrzeć mini sklepową wystawkę i kupić coś dobrego do domu – sok z brzozy albo ekologiczny bezglutenowy makaron. Normalnie raj zdrowia.

Zasiadłyśmy więc na krzesłach, przejrzałyśmy szybko menu i pofatygowałam się złożyć dla nas zamówienie (pamiętajcie, że to jest bar i obowiązuje samoobsługa).
Oczywiście były to makarony. Na wstępie karta nas poinformowała, że dania przygotowywane są na bazie włoskich, bezjajecznych makaronów razowych bio, a także na życzenie każdą z propozycji są skłonni serwować z makaronem: orkiszowym, kukurydzianym bezglutenowym lub ryżowym bezglutenowym
Princess skorzystała z tej możliwości i wybrała orkiszowy. Bo Princess zawsze korzysta z okazji ;p (dopisek owej P., dalsze też na ten niby róż z fioletem)

Wybrałyśmy też: ja - herbatę (o niej będzie dalej), Princi – cappuccino. Zapragnęłam jeszcze ciasta daktylowego, ale Pani powiedziała, że dzisiaj żadnych ciast nie mają. No cóż – obeszłam się smakiem. No właśnie!, a ja liczyłam, że coś skubnę od Oczka ;)

Czas na makarony – mój wegetariański Fusilli Carnivall miał być z kawałkami pomarańczy, z niebieskim serem i miętą. No więc dobrze – rozłóżmy danie na części pierwsze.


Makaron był niezły. Z reguły nie jadam pełnoziarnistych, ale ten mi posmakował i był al dente. Niebieski ser, który robił za sos też był dobry, choć mogłoby być go więcej – zupełnie jakby prawie nie był wymieszany z makaronem, bo głównie był wyczuwalny tylko na dnie talerza już pod koniec jedzenia makaronu. Pomarańcze! Połączenie z serem to strzał w dziesiątkę, ale nie w takim wydaniu, w jakim zostały podane. Osobiście wolałabym gdyby to były nie kostki, a fileciki. A jeśli już kostki muszą być, to niech chociaż zostaną porządnie obrane – bez albedo i twardych elementów skórki (Oczko woli miękkie elementy jak widać ;)). To nie było komfortowe. Mięta...., ach tak! Zawrotna porcja trzech listków na wierzchu i maciupeńkich, poszatkowanych kawałków w sosie musiało mi wystarczyć. No cóż – wychodzi na to, że ekologiczne jedzenie to minimalizm w dodatkach. Następnym razem przyjdę z własnym krzakiem mięty ( a ja z kamerą, by uwiecznić ten niepowtarzalny moment). Generalnie kluski w skali 1-10 dostały solidne 7.

No to teraz czas na danie Princess. Można rzec, że kluski firmowe, skoro nazywają się tak samo jak lokal. Orkiszowe fusilli ze strączkami cukrowego zielonego groszku, łososiem, marchewką i koperkiem. No no! Ale zaraz zaraz! Co my tu widzimy na zdjęciu? Czy tak wygląda groszek cukrowy?


Nieeeee... chyba nie. Princi podeszła do Pani i zapytala się dlaczego zamiast groszku ma w makaronie fasolkę. „Dzisiaj nie ma, skończył się” - odrzekła Pani. Skończył się! Ale pierwsza Pani w momencie składania przeze mnie zamówienia nawet słowem o tym nie pisnęła. Nie uważacie, że to troszkę nie fair? Bar z nazwą groszku, groszkowymi ścianami wewnątrz i groszkową nazwą dania z wyszczególnionym groszkiem w opisie nie ma groszku i nawet o tym nie wspomina się klientowi? To bardzo nie fair!

Princi, a jak Ci smakował ten makaron?
Dobra zacznę od tyłu, choć wolę od przodu...Wyszłam zawiedziona. Gdy ujrzałam menu, pomyślałam: oj przyjdę ja tu przyjdę i to nie raz. Dania w menu kuszące, lokal też miły, obsługa jak najbardziej na plus. Ale pojechali po bandzie z tym makaronem z fasolką zamiast z groszkiem! No cholercia, to tak jakbym zamówiła grochówkę a dostała fasolową. LLordzik różnicy by pewnie nie zauważył, ale ja tak! Kluchy miały być z sosem śmietanowym i były, ale z łyżką na dnie. Jadłam, jadłam i się zastanawiałam czy tu nie powinno być jakiegoś sosu...jak zobaczyłam białą plamkę na dnie zrozumiałam gdzie się ukrył! Mogli chociaż powiedzieć, żeby pomerdać po dnie to coś się ujawni. A tu nic, cisza :( 
Zatem jadłam suchy makaron z marchewką w kostkę, koperkiem i ...fasolką! Sic!
Ja nie oceniam, bo nie dostałam tego co chciałam, o!
Ale plus za sałatkę do makaronu, bo każda z nas dostała talerzyk z sałatką, choć moja porcja była tak duża, że się i bez nie najadłam.

Na koniec miało być jeszcze ciasto daktylowe, ale podobnie jak groszek i inne ciasta – tak! Zgadliście! - jego też dzisiaj nie było (nie przyszłyśmy późno, bo o 17-ej, czyli kiedy normalnie ludzie wychodzą z pracy, a lokal jest otwarty od poniedziałku do czwartku w godz. 10.00 – 20.00).
Na kawę Princess się nie skarżyła, więc chyba było ok. Moja herbata lipowa z suszonymi malinami i podawanym osobno miodem była bardzo dobra. Lubię lipne herbaty, ale wolałabym jednak, gdyby była z sokiem malinowym, zamiast suszonych malin. Już wyjaśniam dlaczego. Otóż napar podawany jest w czajniczku. Lipa jest ujarzmiona w środku niego w jajku, natomiast malinki pływają swobodnie i równie swobodnie zapychają dzióbek czajniczka powodując, że nalewanie herbaty do filiżanki kończy się powodzią na stole i podłodze (przy okazji dziękuję Pani za wytarcie podłogi). Bezstratne nalewanie naparu odbyło się dopiero w momencie, kiedy Pani wyłowiła mi te niesforne malinki (nie robić, pfu pfu nie dawać, Oczku malinek ;) ). W ostatecznym rozrachunku: czaj był dobry, ale bez malinek. Sok malinowy nie byłby taki problematyczny. Tak myślę.

Może te groszki, ciasta, malinki, mięta i pomarańcze to była ich taka jednorazowa wtopa? Przekonam się jeszcze, bo warto dać im jeszcze jedną szansę. Po pierwszej wizycie nie było źle, ale mogłoby być lepiej. No i ten makaron z tofu mnie kusi ;)

To jak Oczko idziemy przed mą wigilią? O ile będą (czego im szczerze życzę !)

Tak! Idziemy!


***
Green Peas eco bar & coffee, ul. Szpitalna 5 (śródmieście)

sobota, 29 października 2011

Kluski muzyczne

Kochany Pamiętniczku,
wprawdzie rok szkolny zaczął się już prawie dwa miesiące temu, lecz ja dopiero teraz zacząłem się edukować na dobre. Jestem kulturalnym Lanczboksem, więc muszę się stale wewnętrznie pięknie ubogacać i kształcić ze smakiem. A ponieważ nieoczekiwanie odkryłem w sobie pasję do dźwięków - postanowiłem pobierać lekcje muzyki Zaczynam od podstaw i od jakiegoś czasu ćwiczę gamy: „do re mi FA SOL LA si DO SOL MI” Ależ to pysznie brzmi!

Posyłam kisa
Twój Lanczboksik






Dziewiętnasta sztampa w lanczboksie - kluski z fasolą (taką szybką sałatkę zjadłam kilka lat temu w barze na wakacyjnym wyjeździe na Maltę - nieskomplikowane, ekspresowe i dobre)

makaron
pomidor
czerwona fasola z puszki
pietruszka
oliwa
sok z cytryny
sól, pieprz

Ugotowane kluski wymieszałam z pokrojonym pomidorem i odcedzoną fasolką, przyprawionym dressingiem z oliwy i soku cytrynowego. Obsypałam zieloną pietruszką.


Dodaję do akcji:



wtorek, 25 października 2011

Światowy Dzień Makaronu. Ravioli z żółtej mąki z brokułami


Kalendarz kulinarny niezbicie wskazuje na to, że dzisiaj jest obchodzony Światowy Dzień Makaronu. Tym samym my, jak na wzorowe makaroniarki przystało – nie mogłyśmy koło tego przejść z lekceważeniem. Co to to nie.
Po szybkim namyśle postanowiłyśmy, że zrobimy kolejny krok w naszej kluskowej edukacji. Po przejrzeniu książki wybór padł na ravioli.
Decyzja dodatkowo poparta była tym, że Princess nabyła jakiś czas temu radełko, które do tego czasu nadal leżało ometkowane w szufladzie.
Tak dalej być nie mogło!
Dlatego w sobotnie popołudnie zabrałyśmy się za te kluski przy współudziale kręcącego się po kuchni czarnego futra.
Trza dodać, że futro jak zwykle wredne było i gdzie tylko mogło swój nos wsadzało, czy to do mąki, czy do farszu, a tak dla zasady brojenia ;)



Ravioli z żółtej mąki z brokułami (źródło: „Pasta & Co.” s.226, wyd. Świat Książki )

Ciasto:

250 g mąki pszennej
100 g mąki kukurydzianej
łyżka oliwy extra vergin
3 jajka
sól, gałka muszkatołowa
(łyżeczka wody)

Wszystkie składniki zostały ze sobą połączone i zagniecione, aż do uzyskania jednolitego ciasta (było nieco suche, więc została dodana łyżeczka wody). Ciasto zawinęłyśmy w folię i dałyśmy mu odpocząć ok. 30 min
Ciasto było robione ręcznie, bez udziału mieszających haków, ani maszynki do makaronu. Wszelkie zagniatanie i wałkowanie wykonały dwie dłonie. Aby rozwałkować bardzo cienko płat ciasta trzeba było się chwilę postarać, ale śmiem twierdzić, że ciasto wyszło nam lepiej niż poprzednie.



Rozwałkowane zostało kilka płatów, na połowie każdego porcjami było układane nadzienie, przykrywane drugą połową płata, przyciskane i wycinane radełkiem najpierw w poziomie, potem w pionie. Jeżeli koperta wyszła za duża, to była jeszcze osobno obkrojona.



Problem pojawił się tylko przy jednym małym płacie - trochę za długo leżał i zdążył przez to przeschnąć. W rezultacie tego nie chciał się już kleić. Jego przeznaczeniem, zamiast garnka z wrzątkiem - został kosz na śmieci. Ale tak sobie teraz myślę, że mogłam ten płat jednak tylko lekko zwilżyć wodą i byłoby już ok. Trudno – mam lekcję do odrobienia przy kolejnej produkcji.
Ravioli gotowałyśmy w osolonej wodzie ok. 4 min od wypłynięcia.



Nadziewane były przysmakiem Princess - brokułami.

Farsz:

0,5 kg brokułów
3 łyżki parmezanu
3 łyżki oliwy
2 ząbki czosnku
sól i wysuszona papryczka chili

Brokuły podzieliłam na różyczki i ugotowałam na parze. W miedzy czasie na oliwie zeszkliłam posiekany czosnek z papryczką chilli.
Ugotowane brokuły drobno posiekałam, wymieszałam z czosnkiem i papryczką, a następnie doprawiłam do smaku chilli.

Nadzienie było przesmaczne, ale do ravioli zupełnie się nie nadawało. Tego typu farsz jest za luźny/sypki. Dodatek ricotty lub jogurtu naturalnego naszym zdaniem jest tu niezbędny - sklei trochę farsz i ułatwi sklejanie już samych ravioli. A ponadto doda też smaczku.


Polewka na ravioli też była przysmakowa, bo z płatkami migdałowymi.
A konkretnie ravioli zostały polane oliwą z płatkami migdałowymi i igiełkami rozmarynu.

Sos:

płatki migdałowe
oliwa extra vergine
gałązki rozmarynu

Najpierw na patelni zostały uprażone płatki migdałowe, a potem na krótko na oliwę zostały wrzucone igły rozmarynu (wydzieliły piękny aromat i stały się lekko chrupiące – trochę jak smażone liście szałwii).


Całemu przedsięwzięciu oczywiście przyglądał się bacznie kot...




Ravioli dołączamy do akcji:

i

środa, 19 października 2011

pora na pastę!

Na Blog Forum w Gdańku, na którym szczęśliwym trafem obie byłyśmy, makaronu nie jadłyśmy.
Co prawda był na integracji, jednak po drugiej kolacji w Kresowej restauracji, ani makaron ani inne pyszności nie były nam w głowie.
Jakieś tam penne na talerzu pewnym widziałam, ale już nie mogłam, byłam pełna.
Dlatego trzeba zaspokoić głód makaronowy i zapodać jakąś pastę, pyszną pastę dodam ;)



Pantacce z pieczonym łososiem i suszonymi pomidorami
2 porcje

  • 150 g krótkiego makaronu- u mnie pantacce
  • kawałek upieczonego łososia- (ja zwykle piekę go w folii aluminiowej, posypanego ulubionymi przyprawami, dosłownie kilkanaście minut, aby nie wysechł)
  • garść mrożonego zielonego groszku
  • kilka suszonych pomidorów
  • świeża bazylia
  • oliwa
  • sól, pieprz


Makaron ugotować al. dente w osolonej wodzie. Pod koniec gotowania wrzucić mrożony groszek.
Suszone pomidory pokroić w paski, a łososia w mniejsze kawałki.
Część listków bazylii posiekać.
Odcedzony makaron i groszek wymieszać z suszonymi pomidorami, łososiem, bazylią oraz łyżką oliwy. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Przełożyć na talerz i przyozdobić listkami bazylii.



środa, 12 października 2011

Rymowanko jak bzy...czenie ;)

Szybko, zdrowo, smacznie.
Jednym słowem idealnie.
Do tego makaron i parmezan- jeszcze bardziej idealnie.
Kluchy do wrzątku, cukinia i kurczak na patelnię, pomidory pod nóż.
Mieszanko małe, potem tymianek, prowansalskie, sól i parmezan do smaku.
Na talerz i hop siup do dzioba.



Orecchiette z cukinią i kurczakiem
2 porcje

  • 130 g makaronu orecchiette
  • 2 małe cukinie
  • pół piersi z kurczaka
  • 1 pomidor
  • 2cząbki czosnku
  • papryczka pepperoni
  • parmezan
  • oliwa z oliwek
  • tymianek, zioła prowansalskie
  • sól, pieprz

Makaron ugotować al. dente.
Mięso pokroić w kostkę, oprószyć tymiankiem, solą i pieprzem. Wrzucić na rozgrzaną na patelni oliwę i smażyć do lekkiego zbrązowienia. Zdjąć z patelni i odstawić na bok.
Cukinię umyć i pokroić w koskę. Czosnek i papryczkę drobno posiekać.
Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić czosnek i papryczkę, a po 2-3 minutach dodać cukinię. Posypać szczyptą soli i ziołami prowansalskimi. Smażyć do momentu aż cukinia nie zmięknie.
Pomidor pokroić w półplasterki i dodać do cukinii pod koniec jej smażenia.
Makaron odcedzić i wraz z kurczakiem wrzucić na patelnię z cukinią. Dobrze wymieszać. W razie potrzeby doprawić jeszcze solą i pieprzem.
Przełożyć na talerze i posypać parmezanem.




sobota, 8 października 2011

Figga, a sprawa oliwy.

Przyszedł czas na kolejne testowanie. I tym razem na pastę, podobnie jak w Biesiadowie, umówiliśmy się z Tiliami.



Lokal znajduje się na ul. Marszałkowskiej, tuż przy metrze Świętokrzyska. Dojazd jest więc bardzo dogodny i łatwo tam można zajrzeć na obiad podczas chodzenia po centrum. Przejdźmy jednak do clou programu, czyli do jedzenia.


Ze starterów mogę polecić bruschettę – zgarnęłam Tilii jedną kromkę i w smaku była bardzo przyzwoita. Kawa, którą zamówiła Princess (cappuccino) też nie była zła. Za to naprawdę rewelacyjna okazała się lemoniada. Ale przecież pojawiliśmy się tam głównie ze względu na pastę. Zatem czytajcie dalej.

Tilia zamówiła ravioli z grzybami w kremowym sosie z ziołami i parmezanem, Sebastian danie dnia – makaron (tagliolini albo linguine) barwiony sepią z owocami morza i pomidorkami cherry, Princess zamówiła pełnoziarniste penne z brokułami i kurczakiem, a ja spaghetti aglio, olio e peperoncino (makaron z oliwą, czosnkiem, natką pietruszki i ostrą papryczką).

Mój wybór padł akurat na wspomniane wyżej kluski, ponieważ bardzo lubię spaghetti w takim wydaniu, a poza tym potrzebowałam czegoś lekkiego, tym samym wszelkie sosy śmietanowe zostały odrzucone na samym wstępie. I cóż – makaron był ugotowany al dente, papryczki, pietruszki i czosnku było sporo. Makaron był dzięki temu aromatyczny i dość ostry. Niestety dużo było też oliwy, a tego niestety na poczet plusów zaliczyć zdecydowanie nie mogę. Nie lubię, kiedy danie pływa w tłuszczu. Nadmiar często psuje jedzenie. Ten makaron naprawdę byłby smaczny, gdyby nie ta oliwa. Cóż - mniej (składników i ich gramatury) czasem znaczy więcej (zachwytów i zadowolenia).




Tilia natomiast skarżyła się na to, że sos w jej ravioli był... za słodki. Istotnie - był. Nie do końca współgrał z nadzieniem w pierożkach. Natomiast Sebastian ze swojej porcji frutti di mare był bardzo zadowolony.



Princess teraz czas na Twój makaron. A niżej przeczytacie o deserze.

Cóż ja mogę powiedzieć. No zły nie był no nie i nawet gratis dostałam: nitkę spaghetti schowaną w moim penne. Smakowało mi danie, jednak jadałam lepsze, dużo lepsze. Nie zmienia to faktu, że zamierzam tam się jeszcze wybrać, bo ten krem z grzybów, który widziałam w karcie bardzo mnie kusi- cóż do toruńskiego Manekina mam daleko, wiec tu szukam swego orgazmatora jedzeniowego.





Deserem było gratisowe semifreddo. Rzadko jadam desery w restauracjach, a poza tym trochę się zraziłam po słodyczach w Presto. Ale akurat ta porcja bardzo przyjemnie zakończyła posiłek w restauracji Figga.
Princi: Słodkie było, nie ma co, ale jak zgodnie stwierdziłyśmy, nasze kubki smakowe są przyzwyczajone do lekko słodkich deserów, a to semifredo jest robiony dla wszystkich, nie tylko dla nas.



Semifreddo i lemoniadę mogę Wam śmiało polecić. Natomiast same makarony? Złe nie były, smak bardzo poprawny, ale raczej na jednorazową wizytę. Polecam dla mniej wybrednych ;)
Princi: ja powiem tak: źle nie było, może nie trafiłyśmy z wyborem sosów, bo Tiliowy S. to jak to sam powiedział: przy krewetce prawie doszedł, a przy ostrygach... No, my z Oczkiem też doszłyśmy, z metra świętokrzyska do centrum ;)





***
Restauracja włoska FIGGA, Warszawa, ul. Marszałkowska 138 (Śródmieście)


środa, 28 września 2011

Kto ma rację? ;)

Gigli czy Ballerine?
Oczko twierdzi, że to Gigli.
Ja śmiem przeczyć i tym samym twierdzić, że Ballerine.
Kto ma racje? Czy to ważne?
Ważne, jest to że było smaczne :)
Z pieczarkami, z brokułami, ostrym sosem i indykiem.
Szybkie, proste i sycące, takie jak lubię makaronowe danie :-)


Ballerine z indykiem i warzywami polane ostrym sosem jogurtowym
2 duże porcje

  • 140g krótkiego makaronu- u mnie Ballerine tricolore
  • ok. 30 dkg pieczarek
  • 2 sznycle z piersi indyka
  • pół brokuła podzielonego na różyczki
  • średnia cebula
  • sól, pieprz, tymianek
  • oliwa
sos:
  • jogurt grecki – 100g
  • 2 ząbki czosnku
  • sól, ostra papryka wędzona w proszku
  • zioła prowansalskie


Przygotowujemy sos mieszając jogurt ze zmiażdżonym czosnkiem i przyprawami. Odstawiamy do przegryzienia.
Makaron wrzucamy do wrzątku i gotujemy 8-10 minut.
W tym czasie mięso kroimy w kostkę, posypujemy solą, pieprzem i tymiankiem, a następnie smażymy na odrobinie oliwy. Usmażone mięso odkładamy do miseczki.
Cebulę obieramy i siekamy w drobną kostkę. Pieczarki kroimy w plasterki- nie za cienkie.
Na patelni, na której smażyliśmy mięso, szklimy cebulę, a następnie dodajemy pieczarki. Posypujemy szczyptą soli i pieprzu- smażymy jeszcze ok. 5-10 minut- mają zmięknąć.
Brokuł gotujemy na parze. Dodajemy do pieczarek.
Ugotowany makaron odcedzamy, mieszamy z pieczarkami, brokułem i mięsem. Całość polewamy sosem jogurtowym.

Przepis bierze udział w akcji makaronowej lubelli

piątek, 23 września 2011

Nie chcem, ale muszem ;)

Ja naprawdę, ale to naprawdę przepraszam.
Nie chciałam i nadal nie chcę!
No naprawdę nie chcę was kusić świeżymi szparagami, gdy sezon na nie dawno już przeminął.
Ale cóż ja mogę skoro znalazłam taką fotę, z takimi właśnie świeżymi szparagami, a w dodatku z kluseczkami razowymi.
No musiałam, musiałam go opublikować, bo warto zrobić i mieć szybki i smaczny obiad- niestety dopiero za rok, no chyba, że ktoś, jakoś, gdzieś je nabędzie drogą mu znaną :)
Ja poczekam i za rok znów się najem na zapas :)



Razowe penne ze szpinakiem i szparagami
2 porcje

  • 150g makaronu
  • ok. 200g mrożonego szpinaku
  • mała cebula
  • ząbek czosnku
  • pół pęczka szparagów
  • ricotta
  • garść świeżej bazylii
  • sól, pieprz

Makaron ugotować al. dente.
Na patelni zeszklić pokrojoną w kostkę cebulkę, dodać szpinak i podsmażać do jego rozmrożenia.
Przerzucić do blendera, dodać bazylię, zmiażdżony ząbek czosnku i ser ricotta. Zmiksować, masa nie musi być zupełnie gładka. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Szparagi zblanszować lub gotować na parze ok. 5 minut. Pokroić w 5-cm kawałki.
Sos, szparagi i makaron wymieszać razem.



Dopisuję do akcji:


środa, 14 września 2011

Z grubej rury - cannelloni.

Dzisiaj będzie z grubej rury, krótko i na temat. Otóż proszę – cannelloni z mięsem mielonym.
To dla nich zakupiliśmy naczynie żaroodporne. Potem z myślą o lasagne ze sklepu przyszło jeszcze inne naczynie na żar piekielny odporne.
Te rury są jeszcze z okresu przedbeszamelowego, dlatego zapiekane z samym sosem pomidorowym. Następne w niedalekiej przyszłości kroją się nieco lżejsze z ricottą i szpinakiem.
A jak ktoś się upiera na bezmięsne, to zamiast mielonym można nadziać rurki podduszonymi pieczarkami (zdjęcie drugie) i też będzie git.




Cannelloni z mięsem (źródło: „Makaron – biblioteka smakosza, wyd. Parragon, s.101)
(podaję proporcje z książki, ja to robiłam trochę na oko)

rurki cannelloni (lekko podgotowane)

Nadzienie:
225 mięsa mielonego
posiekana cebula
150 g pieczarek
zmiażdżony ząbek czosnku
gałka muszkatołowa
zioła prowansalskie
2 łyżki przecieru pomidorowego
4 łyżki wina wytrawnego czerwonego
sól, pieprz

Na patelni podsmażyć cebulę, mięso, pieczarki i czosnek na małym ogniu cały czas mieszając. Dodać gałkę, wino i przecier, doprawić solą i pieprzem, gotować 15-20 minut i trochę odparować. Nadziewać tym rurki.

Sos:
posiekana drobno czerwona cebula
1 duża starta marchewka (pominęłam)
łodyga selera naciowego, drobno posiekana
liść laurowy
150 ml czerwonego wina wytrawnego
400 g pomidorów z puszki
2 łyżki przecieru pomidorowego
1 łyżeczka cukru pudru
sól, pieprz

Cebulę, (marchew), seler i liść laurowy zalać winem, doprowadzić do wrzenia i gotować 5 minut. Dodać resztę składników i gotować do uzyskania sosu. Na koniec wyjąć liść laurowy.

1/4 sosu wlać do naczynia żaroodpornego, ułożyć nadziane farszem rurki, zalać resztą sosu i zapiekać ok 30-40 minut w 200 stopniach.


A tak wyglądały pieczarkowe:





Dopisuję do akcji: