piątek, 4 listopada 2011

Peace Siostro! W Green Peas nie będzie groszku ;)

Zielony Groszek na Szpitalnej rzucił się nam w oko, gdy przechodziłyśmy koło niego zmierzając na spotkanie do sąsiedniego t-baru Dilmah. Zerknęłyśmy na szybkę z menu (makaron z tofu!) i już wiedziałyśmy, że któregoś razu wejdziemy do środka. Okazja nadarzyła się szybko, bo postanowiłyśmy tam świętować wigilię moich urodzin.


Wnętrze całkiem sympatyczne, z przyjemną groszkową zielenią na ścianach. Lokal jest nastawiony na jedzenie eko, gluten free a nawet wegetariańsko (ale mięso też jest), a w menu (bardzo ekologiczne, kilka kartek bez udziwnień) można wyczytać, że mają certyfikaty, że jak jajka to tylko zerówki, że jedzenie, to tylko uprawiane ekologicznie – czyli idą z duchem czasu. Można sobie nawet na miejscu obejrzeć mini sklepową wystawkę i kupić coś dobrego do domu – sok z brzozy albo ekologiczny bezglutenowy makaron. Normalnie raj zdrowia.

Zasiadłyśmy więc na krzesłach, przejrzałyśmy szybko menu i pofatygowałam się złożyć dla nas zamówienie (pamiętajcie, że to jest bar i obowiązuje samoobsługa).
Oczywiście były to makarony. Na wstępie karta nas poinformowała, że dania przygotowywane są na bazie włoskich, bezjajecznych makaronów razowych bio, a także na życzenie każdą z propozycji są skłonni serwować z makaronem: orkiszowym, kukurydzianym bezglutenowym lub ryżowym bezglutenowym
Princess skorzystała z tej możliwości i wybrała orkiszowy. Bo Princess zawsze korzysta z okazji ;p (dopisek owej P., dalsze też na ten niby róż z fioletem)

Wybrałyśmy też: ja - herbatę (o niej będzie dalej), Princi – cappuccino. Zapragnęłam jeszcze ciasta daktylowego, ale Pani powiedziała, że dzisiaj żadnych ciast nie mają. No cóż – obeszłam się smakiem. No właśnie!, a ja liczyłam, że coś skubnę od Oczka ;)

Czas na makarony – mój wegetariański Fusilli Carnivall miał być z kawałkami pomarańczy, z niebieskim serem i miętą. No więc dobrze – rozłóżmy danie na części pierwsze.


Makaron był niezły. Z reguły nie jadam pełnoziarnistych, ale ten mi posmakował i był al dente. Niebieski ser, który robił za sos też był dobry, choć mogłoby być go więcej – zupełnie jakby prawie nie był wymieszany z makaronem, bo głównie był wyczuwalny tylko na dnie talerza już pod koniec jedzenia makaronu. Pomarańcze! Połączenie z serem to strzał w dziesiątkę, ale nie w takim wydaniu, w jakim zostały podane. Osobiście wolałabym gdyby to były nie kostki, a fileciki. A jeśli już kostki muszą być, to niech chociaż zostaną porządnie obrane – bez albedo i twardych elementów skórki (Oczko woli miękkie elementy jak widać ;)). To nie było komfortowe. Mięta...., ach tak! Zawrotna porcja trzech listków na wierzchu i maciupeńkich, poszatkowanych kawałków w sosie musiało mi wystarczyć. No cóż – wychodzi na to, że ekologiczne jedzenie to minimalizm w dodatkach. Następnym razem przyjdę z własnym krzakiem mięty ( a ja z kamerą, by uwiecznić ten niepowtarzalny moment). Generalnie kluski w skali 1-10 dostały solidne 7.

No to teraz czas na danie Princess. Można rzec, że kluski firmowe, skoro nazywają się tak samo jak lokal. Orkiszowe fusilli ze strączkami cukrowego zielonego groszku, łososiem, marchewką i koperkiem. No no! Ale zaraz zaraz! Co my tu widzimy na zdjęciu? Czy tak wygląda groszek cukrowy?


Nieeeee... chyba nie. Princi podeszła do Pani i zapytala się dlaczego zamiast groszku ma w makaronie fasolkę. „Dzisiaj nie ma, skończył się” - odrzekła Pani. Skończył się! Ale pierwsza Pani w momencie składania przeze mnie zamówienia nawet słowem o tym nie pisnęła. Nie uważacie, że to troszkę nie fair? Bar z nazwą groszku, groszkowymi ścianami wewnątrz i groszkową nazwą dania z wyszczególnionym groszkiem w opisie nie ma groszku i nawet o tym nie wspomina się klientowi? To bardzo nie fair!

Princi, a jak Ci smakował ten makaron?
Dobra zacznę od tyłu, choć wolę od przodu...Wyszłam zawiedziona. Gdy ujrzałam menu, pomyślałam: oj przyjdę ja tu przyjdę i to nie raz. Dania w menu kuszące, lokal też miły, obsługa jak najbardziej na plus. Ale pojechali po bandzie z tym makaronem z fasolką zamiast z groszkiem! No cholercia, to tak jakbym zamówiła grochówkę a dostała fasolową. LLordzik różnicy by pewnie nie zauważył, ale ja tak! Kluchy miały być z sosem śmietanowym i były, ale z łyżką na dnie. Jadłam, jadłam i się zastanawiałam czy tu nie powinno być jakiegoś sosu...jak zobaczyłam białą plamkę na dnie zrozumiałam gdzie się ukrył! Mogli chociaż powiedzieć, żeby pomerdać po dnie to coś się ujawni. A tu nic, cisza :( 
Zatem jadłam suchy makaron z marchewką w kostkę, koperkiem i ...fasolką! Sic!
Ja nie oceniam, bo nie dostałam tego co chciałam, o!
Ale plus za sałatkę do makaronu, bo każda z nas dostała talerzyk z sałatką, choć moja porcja była tak duża, że się i bez nie najadłam.

Na koniec miało być jeszcze ciasto daktylowe, ale podobnie jak groszek i inne ciasta – tak! Zgadliście! - jego też dzisiaj nie było (nie przyszłyśmy późno, bo o 17-ej, czyli kiedy normalnie ludzie wychodzą z pracy, a lokal jest otwarty od poniedziałku do czwartku w godz. 10.00 – 20.00).
Na kawę Princess się nie skarżyła, więc chyba było ok. Moja herbata lipowa z suszonymi malinami i podawanym osobno miodem była bardzo dobra. Lubię lipne herbaty, ale wolałabym jednak, gdyby była z sokiem malinowym, zamiast suszonych malin. Już wyjaśniam dlaczego. Otóż napar podawany jest w czajniczku. Lipa jest ujarzmiona w środku niego w jajku, natomiast malinki pływają swobodnie i równie swobodnie zapychają dzióbek czajniczka powodując, że nalewanie herbaty do filiżanki kończy się powodzią na stole i podłodze (przy okazji dziękuję Pani za wytarcie podłogi). Bezstratne nalewanie naparu odbyło się dopiero w momencie, kiedy Pani wyłowiła mi te niesforne malinki (nie robić, pfu pfu nie dawać, Oczku malinek ;) ). W ostatecznym rozrachunku: czaj był dobry, ale bez malinek. Sok malinowy nie byłby taki problematyczny. Tak myślę.

Może te groszki, ciasta, malinki, mięta i pomarańcze to była ich taka jednorazowa wtopa? Przekonam się jeszcze, bo warto dać im jeszcze jedną szansę. Po pierwszej wizycie nie było źle, ale mogłoby być lepiej. No i ten makaron z tofu mnie kusi ;)

To jak Oczko idziemy przed mą wigilią? O ile będą (czego im szczerze życzę !)

Tak! Idziemy!


***
Green Peas eco bar & coffee, ul. Szpitalna 5 (śródmieście)

19 komentarzy:

  1. A ja widziałam ten bar ,przez szybę' i powiem Wam szczerze,że nie wzbudził mojego zaufania ,na oko'.
    Nie wiem dlaczego.Intuicja...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja miałam mieszane uczucia widząc go. Podobnie jak Amber:) Ale dzięki Wam kochane Makaroniary - raczej nie wstąpię:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Codziennie obok niego przechodzę w drodze do pracy i jakoś do tej pory mnie nie zachęcił. A z tym groszkiem to totalne przegięcie.

    OdpowiedzUsuń
  4. mnie tam skusił, ale jak widzicie, ani ziarenka groszku Pricess nie ujrzała ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. I wyszło, że żadna księżna z Ciebie ;PPPP

    OdpowiedzUsuń
  6. dokładnie żadna, nawet groszek nie dla mnie

    OdpowiedzUsuń
  7. a gdzieś już takie widziałam, o tu ;)
    http://makaroniary.blogspot.com/2011/06/bez-zgagi-w-gadze.html

    OdpowiedzUsuń
  8. O ja sobie z ciekawością poczytałam:))

    Pozdrowienia Babki :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mnie nie skusił i do tej pory jeszcze nie wstąpiłam :)
    Ale do makaroniar będę zaglądała, bo ostatnio znowu wróciła mi ochota na makaron. U mnie ostatnio gości w kuchni w towarzystwie wielu warzyw :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Siostra---> no to fajno! :)

    Sweet dreadi--->zapraszamy częściej! :)

    pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo fajnie się czyta, to co piszecie :) Recenzja brzmi lekko, uczciwie i z poczuciem humoru :) Tak trzymać!

    Pozdrawiam,

    Asia

    OdpowiedzUsuń
  12. Drogie Panie, a nam się fajnie czyta takie komentarze :) Zapraszamy częściej :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Zaintrygowały mnie nieszablonowe propozycje makaronu, chociaż cześto mijam ten lokal, jakoś mnie jeszcze nie porwał :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Witam serdecznie
    Cieszę się z wizyty autorek w naszym barze oraz komentarzy. Cieszę się ponieważ każdy komentarz pozwala nam pracować nad polepszeniem naszej oferty i obsługi. W natłoku codziennej pracy czasami trudno jest samemu dostrzec wszystkie wady a klienci w większości albo chwalą nasz bar albo po prostu nie przychodzą więcej bez przekazania informacji co im nie odpowiada. Taki to już los właściciela baru czy restauracji :-) Komentarz naszego baru przeczytaliśmy wnikliwie wraz z pracownikami i znów wnikliwie przyglądamy się naszym makaronom. Dania w naszym barze podlegają wciąż delikatnym ulepszeniom.
    Autorki bloga jako znawczynie makaronów zapraszamy do współpracy przy tych naszych ulepszeniach. W zamian za szczegółowe uwagi zapraszam na bezpłatny dowolny makaron. Osoby, które skomentowały powyższy opis naszego baru a jeszcze nas nie odwiedziły, zapraszam natomiast na bezpłatną kawę w celu lepszego poznania (na hasło Pasta i Basta).
    Pozdrawiam
    Mariusz Duchewicz
    właściciel Green Peas

    OdpowiedzUsuń
  15. Grace--->rzeczywiście propozycje są ciekawe, my się skusiłyśmy na wizytę w lokalu właśnie po lekturze menu zza szybki ;)

    Panie Marcinie--->dziękujemy za odzew i propozycję. Myślę, zresztą widzę, że podobnie jak Pan, że konstruktywna krytyka, nawet jeśli nie jest głaskaniem po głowie, może wnieść coś dobrego. Cieszymy się, że nasze spostrzeżenia mogą się Państwu przydać. Bardzo chętnie skorzystamy z zaproszenia i pojawimy się raz jeszcze na ten wspomniany proponowany darmowy makaron i go potem opiszemy na blogu. Ustalę z Agatą wspólny, dogodny dla nas obu termin (prawdopodobnie w przyszłym tygodniu) i odezwiemy się drogą mailową. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  16. Panie Marcinie przyznam że z ogromną radością czytam Pana komentarz- pierwszy raz ktoś tak konstruktywnie odpowiedział na naszą recenzję- bardzo nam miło, a przyjść przyjdziemy, bo innej opcji to ja nie widzę :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Panie Marcinie :)? czy panie Mariuszu? :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Heh! Widzę, że Princess po mnie powtórzyła ;) Oczywiście: Panie Mariuszu! :) (przepraszamy)

    OdpowiedzUsuń

Będziemy wdzięczne za kilka słów od Ciebie :)
Gosia Oczko i Agata Kurczak