wtorek, 28 lutego 2012

Kawa z jabłkiem, czyli makaron na słodko

Sporo czasu zajęło mi poszukiwanie przepisu na wykorzystanie kolejnej porcji makaronu kawowego. Wena twórcza mnie zawiodła, więc szukałam inspiracji w książkach. I w końcu znalazłam. Po wytrawnym połączeniu makaronu kawowego z wątróbką, z pomidorami i sosem szafranowym – przyszedł czas, wzorem Princess, na słodki makaron. Smakował ciekawie. Ale nie spoczywam na laurach, bo została mi ostatnia porcja.
Może Wy macie jakiś pomysł? ;)



Makaron kawowy z orzechami i jabłkiem (źródło: „Doskonałe ciasto – Makaron”, seria Smakosz, Warszawski Dom Wydawniczy, s.58)

masło
jabłko pokrojone w drobną kostkę
orzechy włoskie
odrobina soku z cytryny
miód akacjowy
makaron kawowy Pappardelline

Na patelni rozpuściłam masło i podduszałam na nim pokrojone jabłko, następnie dodałam orzechy, miód i sok z cytryny. Wymieszałam z ugotowanym makaronem.


środa, 22 lutego 2012

Zupa gulaszowa zupełnie przypadkowa

W przedstawieniu pt. „Zupa z przypadku” występuje nieprzypadkowo zupa, która całkiem realnie smakowała wyśmienicie.
Bohaterka owej sztuki powstała jako efekt uboczny nadzienia do pierogów.
Jak już wspominałam – zminimalizowaliśmy ilość smażonych rzeczy.
Tym samym, mięso mielone, które normalnie podsmażylibyśmy na patelni z cebulką i odrobiną koncentratu pomidorowego lub pasty garam masala, tym razem utopiło się w garnku z bulionem. Do garnka trafiła też pokrojona drobno czerwona papryka i suszony tymianek. I tak mięso bulgotało, do momentu, kiedy się ugotowało. Wyłowione i zmiksowane trafiło do pierogów.
Jednakże przy tym wyławianiu nie byłam przesadnie dokładna i ociupina mięsa nadal pływała w bulionie. Po spróbowaniu go, okazało się, że całkiem zasadnie nadal pływają w nim te farfocle, bo zrobiła się tego zupełnie smaczna i aromatyczna zupa gulaszowa. Ugotowałam do tego gruby makaron festonati i mieliśmy niezły wypas w talerzu. Tak zupełnie przypadkowo.




Zupa gulaszowa (pomysł własny)

bulion warzywny
mięso mielone z indyka
pokrojona czerwona papryka
suszony tymianek
odrobina koncentratu pomidorowego
makaron – grube rurki Festonati

W bulionie gotowały się wszystkie (oprócz makaronu i koncentratu) składniki do momentu ugotowania się mięsa mielonego. Następnie zupa została podbarwiona i doprawiona małą ilością koncentratu pomidorowego, a na końcu połączona z ugotowanym osobno makaronem festonati.



Zupę dodaję do akcji:

,


wtorek, 21 lutego 2012

Wszystko co uwielbiam!

Jakiś czas temu znalazłam przepis idealny dla mnie. Pomijam fakt, że było to danie z makaronem. Oprócz makaronu były brokuły, orzechy i kurczak!
Wszystko co uwielbiam :)
Narcyzem nie jestem, choć kurczakiem to tak, a kurczaki uwielbiam jedzeniowo, nie narcystycznie ;)
Przepis lekko zmodyfikowałam, bo kurczaka upiekłam folii i nie z rozmarynem, a z estragonem.




Torchietti z brokułami, kurczakiem i orzechami

  • krótki makaron (u mnie torchietti)
  • różyczki brokułów
  • udko z kurczaka
  • kilka orzechów włoskich
  • oliwa
  • czosnek
  • estragon, przyprawa do kurczaka, sól, pieprz


Udka z kurczaka natarłam przyprawami i upiekłam w folii (piekłam ok. 60 min w temp. 180 stopni).
Makaron ugotowałam w osolonej wodzie i odcedziłam.
Orzechy uprażyłam, a różyczki brokułów ugotowałam na parze (odrobina wody na dno garnka).
Na patelni rozgrzałam odrobinę oliwy, zeszkliłam posiekany ząbek czosnku, wrzuciłam brokuły, odcedzony makaron i wymieszałam. Dodałam pokrojone w mniejsze kawałki mięso, doprawiłam do smaku solą i pieprzem, wymieszałam. Przełożyłam na talerz i posypałam orzechami włoskimi.

niedziela, 19 lutego 2012

Blue Dragon: Makaron z pastą curry, szpinakiem i krewetkami po tajsku

Muszę przyznać, że Blue Dragon nastroił mnie do kuchni tajskiej. Pożyczyłam nawet książkę. Przewertowałam ją z ciekawością i rosnącym apetytem.
Mam w planach zupy (jedna już się nawet tutaj pojawiła) i słodkości, ale wczoraj na obiad skusiło mnie danie makaronowe.
Wyszło pyszne. Użyłam makaronu pełnoziarnistego i sosu rybnego marki Blue Dragon. Pasowało idealnie i bardzo smakowało. Zastąpienie makaronu ryżowymi wstążkami będzie równie dobre. Pamiętajcie tylko, że sos rybny i sojowy jest tylko do podkreślenia smaku – nie szalejcie z nim, chyba że lubicie jadać bardzo słono – to proszę uprzejmie. Ja wolę mniej, dlatego nie szalałam i wlałam po kropelce ;)




Makaron z pastą curry, szpinakiem i krewetkami po tajsku (źródło: „Z kuchennej półeczki - Kuchnia tajska”, s. 146, wyd. Parragon)

oliwa aromatyzowana czosnkiem (równie dobrze może być zwykła oliwa i świeży czosnek)
zielona pasta curry
makaron pełnoziarnisty Blue Dragon
ugotowane krewetki
świeże liście szpinaku
sos sojowy
sos rybny Blue Dragon
orzeszki ziemne

Na patelni (polecam woka) ogrzałam oliwę i dodałam zieloną pastę curry (uwaga, pryskało bo za mocno podgrzałam oliwę!), rozmieszałam i dodałam ugotowany makaron. Przesmażałam go ok. 3 minuty, dodałam ugotowane krewetki i świeży szpinak – trzymałam na ogniu do momentu, aż zwiędły liście szpinaku, od razu dodałam po kilka kropelek sosu sojowego i rybnego. Na talerzu posypałam orzeszkami ziemnymi.


Dodaję do akcji:



piątek, 17 lutego 2012

Niesmaczna Truskawka, czyli Trattoria Fragolino

Ponieważ na rynku restauracyjnym pojawił się nagle wysyp wszelkiej maści trattorii, zastanawiałyśmy się w związku z tym ostatnio, co jest wyróżnikiem, że lokal jest właśnie trattorią, a nie restauracją.
Internet nie był zbyt uprzejmy jasno nam to wytłumaczyć, ograniczył się do stwierdzenia, że trattoria to coś mniej formalnego niż restauracja, ale coś więcej niż bar, tudzież bistro. Idea złotego środka? Sprawdźmy jak się ma to złoto w Trattorii Fragolino.



Princess mnie ponagla sms-em, że czeka i klaustrofobii dostaje, a ja wciąż w tramwaju. Docieram w końcu na Wiatraka i też, jak ona, zaczynam mieć wątpliwości.
Lokal jak bar, mało miejsca, niezbyt jasno, wejście przez susharnię, a do okna kuka chcąc – nie chcąc pan ochroniarz, przechadzający się po czymś na kształt zadaszonego atrium, gdyż lokal mieści się w środku bloku mieszkalnego.

Zastanawiamy się co wybrać. Nie sprawdziłyśmy oferty na stronie internetowej, bo internet na ten temat milczał. Pytam Pani Kelnerki, czy się niedawno otwierali, Pani Kelnerka mówi, że 2 lata temu. 2 lata i brak strony www? Pani dodaje, że menu jest na stronie Satori – sprawdziłam, nie ma. Dziwne...

Zerkamy na menu, wybór mały, ale to przecież nie jest wadą, przecież wiecie. Wręcz przeciwnie. Zamawiamy, ale mamy też pytania. Pytamy, Pani się pyta Kucharzy, którzy są tuż obok, oni się zastanawiają. Dziwnie to wyglądało. Pani Kelnerka się miota, mówi, że nie wie. Okazuje się, że jest dzisiaj pierwszy dzień w pracy – to ją poniekąd tłumaczy. Nie tłumaczy za to menedżera lokalu, dlaczego nie przeszkolił pracownika, który ma bezpośrednią styczność z klientem. Dodam, że kucharz też miał swój pierwszy dzień i też za wiele nie wiedział. Szkoda, że osoba, która gotuje nie wie co gotuje.

Pytamy o napoje. Napoje?
Pytam o cappucino...Kucharz mówi, że jak trzeba to się zrobi, jednak ja wnikam w cenę tego cappucino. Z tym było już gorzej, kelnerka po chwili wraca i mówi, że to z karty Satori trzeba zamówić. Satori, czyli susharni, przez którą wchodzi się do Fragolino.
Jest światełko w tunelu – mają herbatę Richmond, którą bardzo lubię. Dostaję czajniczek i czarkę. Pycha. Princess bierze kawę – też się nie skarży. Czarka jak się nie patrzy, oddaje klimat kuchni włoskiej...



Czas na makaron: biorę penne gorgonzola spinaci (szpinak, sos śmietanowy, gorgonzola, suszone pomidory), Princess tagliatelle pomodoro z rucolą.
Czekamy ok 20 minut, w międzyczasie coś się na kuchni stłukło i przypaliło, a moje przerażenie przybierało na sile....

Przychodzą makarony. Nie były dobre. Dokładnie, po prostu nie były dobre!




Mój za słony (wzięłam poprawkę na gorgonzolę, ale i tak był za słony), Princess za mdły. Jesteśmy na nie.
Sposób podania – w talerzach korytkach - też taki sobie. Zbyt pretensjonalny jak na mały lokalik z plastikowymi krzesłami z Ikei. Nie mamy nic do Ikei, ale "zastawa" ledwo mieściła się na stoliku!



To była jednorazowa wizyta.
Więcej jej nie powtórzymy. Szkoda, wolę pisać dobrze o restauracjach, które odwiedzamy, ale niestety nie zawsze się da....



A może Wy nam coś polecicie? Jakieś miejsce do odwiedzenia ( Mia Pasta polecona w komentarzach już jest na liście do odwiedzenia :))? Może macie jakieś sprawdzone i chcecie abyśmy i my nacieszyły kubki smakowe. A może chcielibyście abyśmy sprawdziły dany lokal, który znacie z widzenia, ale nie lubicie sami sprawdzać. My bierzemy wszystko na klatę, wszystko przetrwamy, zwłaszcza po ostatniej wyprawie, o której już niebawem ;)



***
Trattoria Fragolino, Al. Stanów Zjednoczonych 72 lok. 9 (PRAGA POŁUDNIE)

środa, 15 lutego 2012

Po tajsku po raz drugi!

Zemfi szaleje z kuchnią tajską, to i ja sobie na to pozwolę.
A co, gorsza nie będę!
Ona z produktami Blue Dragon, i ja też.
Ona z groszkiem, i ja też!
Ale choć jedna różnica musi być.
A jest nią stan skupienia potrawy.
Ona bardziej płynnie, ja bardziej stało.
Bo choć obie małe, obie blondynki, obie uwielbiamy makaron, to jednak różni nas wiele.
Na ten przykład właśnie makaron na sposób tajski :)


Smażony makaron po tajsku z tofu
2 porcje

  • 130g makaronu pełnoziarnistego Blue Dragon
  • 150g tofu
  • 2 ubite jajka
  • 2 posiekane ząbki czosnku
  • posiekany szczypiorek- ok. 2 łyżki
  • posiekana papryczka chilli- odrobina
  • 2 łyżki sosu rybnego
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • łyżeczka oleju sezamowego
  • łyżeczka soku z limonki
  • olej

Makaron wrzucić do wrzącej wody i gotować ok. 3 minuty. Odcedzić.
Tofu pokroić w kostkę.
W miseczce wymieszać sos sojowy, rybny, olej sezamowy i sok z limonki. Dodać tofu i odstawić na 15 min do zmarynowania.
Na patelni lub w woku rozgrzać olej, podsmażyć chwilę tofu, dodać czosnek, papryczkę chilli i część szczypiorku.
Dodać makaron i smażyć 1 min. Marynatę wymieszać z jajkami i wlać na patelnię - smażyć, mieszając aż jajka się zetną. Dodać pozostały szczypiorek i dokładnie wymieszać.

niedziela, 12 lutego 2012

Blue Dragon: zupa tajska

Po chińskiej (komercyjnej) akcji Blue Dragona został mi makaron, którego do dnia dzisiejszego nawet nie rozpakowałam, mimo że Princess tak pieje nad nim z zachwytu.
Ale ponieważ tym razem, w (komercyjnej) akcji tajskiej, znalazłam przepis na zupę, którą koniecznie musiałam zrobić, a nie miałam ryżowego makaronu wstążki, pokusiłam się na tamten zaległy.
Przy okazji wykorzystałam mleczko kokosowe i sos rybny, które również dostałam w nowej przesyłce.
Tym samym, dzisiaj na stół wjechała tajska zupa z robakami – jak pieszczotliwie mawiamy na krewetki.

Dzięki oliwie aromatyzowanej chili zupa w smaku wyszła przyjemnie ostra. Pazur dodał też starty imbir. Nad wszystkim łagodnie zapanowało mleczko kokosowe, a sznyt dodał jeszcze sos rybny.
Co do samych produktów – mleczko kokosowe jak każde koko, zawsze mi smakuje, również to Blue Dragona. Sos rybny? Nie mam porównania, był dobry, bo ładnie podkreślił smak zupy.
A makaron? Nie jestem w targecie pełnoziarnistych, więc po prostu go zjadłam. Jakby to powiedzieć – nie każdy jest Princess ;)



Zupa tajska z makaronem pełnoziarnistym (inspiracja: ulotka reklamowa z przesyłki produktów Blue Dragon)

oliwa aromatyzowana chili
czerwona cebula (piórka)
starty świeży imbir
zielony mrożony groszek
rozmrożony bulion warzywny
mleczko kokosowe Blue Dragon
sos rybny Blue Dragon
ugotowane krewetki
świeży ogórek
makaron pełnoziarnisty gniazda Blue Dragon

Na oliwie poddusiłam czerwoną cebulę, starłam imbir, zalałam bulionem, mleczkiem kokosowym i dodałam groszek. Pogotowałam 5 minut, dodałam ugotowane krewetki, pogotowałam dalsze 2 minuty, dodałam sos rybny do smaku.
Zupę połączyłam w miseczce z ugotowanym makaronem i świeżym ogórkiem.

Uwaga: przepis poleca dodać również kiełki fasoli, zieloną fasolkę, kolendrę i makaron ryżowy typu nitki.


Zupę dodaję do akcji:

i

piątek, 10 lutego 2012

"Mój Makaron" - wersja pyszna

Całkiem niedawno, kiedy szłam z Panem R. na spektakl „Jackson Pollesh” do Teatru Rozmaitości, tuż obok teatru natrafiłam na lokal o bardzo miłej nazwie ;) Od razu powiedziałam Panu R., że muszę go z Princess odwiedzić któregoś dnia i sprawdzić, czym i jak tam karmią.
Zaś kilka dni temu Princess przeglądając oferty zakupów grupowych zakupiła jeden kupon na jedzenie. Jakież było moje miłe zaskoczenie, gdy okazało się, że ładnie się zgrałyśmy, gdyż ów kupon prowadził nas właśnie do tego lokalu koło TR.

Lokal „Pasta Mia”, bo o nim mowa jest tuż przy przy Placu Unii Lubelskiej, czyli defacto rzut beretem od centrum. Nie stójmy jednak na chodniku, tylko wejdźmy jednak do środka i się rozgośćmy.



Na wstępie mówimy - nie oczekujcie wielkiej restauracji. Powiedziałabym, że powierzchniowo Pasta Mia to takie bistro – barek idealny na obiad, czy szybką kolację. Wzdłuż całej ściany kanapa, kilka stolików i jeszcze do tego naprzeciwko kanapy dla każdego stolika dodatkowo po jednym krześle. Siedząc na krześle wzrok sięga kolorowo wymalowanej, wzorzystej ściany – swoją drogą całkiem ciekawej.

No, ale to nie blog wnętrzarski, tylko o makaronach, zatem skupmy się na jedzeniu. Lokal nie ma na stanie tradycyjnych kart z menu, ich rolę pełnią reklamowe ulotki. Pamiętajmy wszak, że to nie restauracja, więc nie panują tu sztywne reguły. Wzięłyśmy zatem do stolika ulotkę i po krótkiej chwili już zamówiłyśmy po porcji makaronu, kawie i kawałku ciasta na deser. Pani przyjęła zamówienie, więc czekamy.
W tak zwanym międzyczasie pojawiają się kawy: latte z rewelacyjną pianą i cappuccino
Ale za chwilę Pani pojawia się na nowo i pyta, czy mamy jeszcze jeden kupon, bo ten jest tylko na jedną osobę i obejmuje danie główne, kawę i deser. Hmmm, nasz błąd – nie wczytałyśmy się. 
Znaczy się ja (Princess) wczytałam się, ale nie ukrywam, nie zrozumiałam za bardzo ;)
Rezygnujemy zatem z jednej porcji makaronu i czekamy dalej. 
Za chwilę przy stoliku pojawia się... 
Pan Sympatyczny. 
Pan przyszedł z kuchni, ale wywnioskowałyśmy (chyba słusznie), że jest kucharzem i właścicielem w jednej osobie. 
I co słyszymy? Że może i wyszło małe nieporozumienie, ale tak czy siak dostaniemy tę drugą porcję, ot tak – bonusowo. 
No no! - myślę sobie – cóż za niespotykane obyczaje! :) 
Kiwamy głową i czekamy. Za moment Pani przynosi jeden talerz, a Pan Sympatyczny drugi i życzy smacznego.
Wyciągam aparat, uwieczniam i zabieramy się za konsumpcję...




Nie będziemy się za wiele rozpisywać na temat smaku. Będzie lapidarnie – zarówno moje penne Siciliana (bakłażan, sos pomidorowy, parmezan i zielona pietruszka), jak i Tagliatelle Margarita (sos pomidorowy, parmezan, zielona pietruszka), którą wzięła Princess były znakomite. Zresztą pan Sympatyczny wypytywał się, czy nam smakuje i zgodnie z prawdą – potwierdziłyśmy.
I wcale nie piszemy tak, dlatego że zostałyśmy miło ugoszczone. Makarony były naprawdę rewelacyjne! Jak dla mnie jedne z lepszych dotychczas jedzonych w ramach "klusek doświadczalnych".

Wyważony smak, dobrze doprawione, ot zwyczajnie – smaczne. Na ulotce czytam: „Przygotowujemy dania (…) wyłącznie z produktów najwyższej światowej jakości (…). Nie mrozimy żywności.” Jakoś brak mi podstaw, by im nie wierzyć. A to moje tagliatelle...mam nadzieję, że niedługo będę miała okazję zapytać Pana Sympatycznego jakiej jest ono firmy, gdyż naprawdę rewelacyjne w smaku. Jak domowe!

Porcje były naprawdę spore, a po nich przyszedł jeszcze deser, o którym zupełnie zapomniałam – ciastka migdałowe (za które jednak podziękowałyśmy, bo za dużo już tego dobra) i torcik (nasączany biszkopt, banany, kremowa pianka truskawkowa i plasterki truskawek na wierzchu). Byłam już pełna, ale zjadłam prawie całą porcję (z małą pomocą Princess) tylko dlatego, że bywam bezwstydnie łakoma na słodycze.


Zjadłyśmy, wypiłyśmy, pogadałyśmy, przyszedł zatem najwyższy czas wyturlania się na mróz. Na do widzenia, Pan Sympatyczny również się z nami pożegnał, a Pani wspomniała, że mają coś takiego jak „Winna polisa” (chyba dobrze zapamiętałam). Idea owej polisy jest taka, że można sobie swobodnie do lokalu przynieść swoją butelkę wina i ją spokojnie obalić ze znajomymi. Wprawdzie nie wnikałam w szczegóły, ale przyznacie – brzmi dobrze?
Ja już widzę oczami wyobraźni jak Zemfi ciągnie ze sobą beczułkę wina i rozsiada się wygodnie :) To całkiem realna wizja, tylko, żeby przy jej wcielaniu w życie o mnie nie zapomniała ;)

I tutaj w końcu zbliżamy się do finiszu naszej wizyty. Czy polecamy? Oczywiście! Chyba już sam tekst mówi za siebie.
Czy mamy jakieś uwagi? Uwagi nie, może raczej sugestie. W Sicilianie zastąpiłabym zieloną pietruszkę - świeżo siekaną miętą, a deser (swoją drogą niezły) potraktowałabym bardziej sezonowo – truskawki latem, zimą zaś bardziej pasuje jakiś deser cytrusowy lub ciasto czekoladowe np. z pomarańczą lub imbirem.
Albo marchewkowe!


Zapamiętajcie ten adres. Jak będziecie w okolicy wpadnijcie tam koniecznie – dostaniecie solidną michę dobrego jedzenia bez drenowania portfela.


Ps. Pozdrawiamy Pana Sympatycznego :) I dziękujemy za pyszny posiłek!



***
Pasta Mia, ul. Marszałkowska 6 (Mokotów)


czwartek, 9 lutego 2012

Nowy łup- niezapiekany, bo gotowany

Już po akcji zapiekano-makaronowej, ale nie po makaronie.
Zresztą to, że akcja już się zakończyła, zachęcam do dalszego zapiekania makaronu.
Teraz mamy jeszcze więcej zapiekanych inspiracji, bardzo zachęcających do spróbowania.
Ja jednak dziś zaprezentuję makaron niezapiekany.
Taki od zwykły, gotowany.
Ale za to bardzo smaczny i zdrowy, bo i z rybą i z groszkiem.
Od taki tam, makaron z dorszem, zielonym groszkiem i prażonymi pestkami dyni.



p.s. Oczko to ten nowy łup, który wreszcie dziś dostaniesz ;)

Makaron Gramigna z dorszem i groszkiem
2 porcje

  • 150g krótkiego makaronu- u mnie Gramigna
  • garść mrożonego groszku
  • filet z dorsza
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • 2 łyżki sosu teriyaki
  • kilka kropel oleju sezamowego
  • posiekany ząbek czosnku
  • kilka kropel octu ryżowego
  • świeżo mielony czarny pieprz
  • chilli z czosnkiem- w płatkach-przyprawa w młynku
  • 1 łyżeczka oliwy
  • szczypta soli
  • uprażone pestki dyni


Makaron ugotować al dente z odrobiną soli. Pod koniec gotowania wrzucić na ok. 1-2 minuty mrożony groszek. Odcedzić.
Filet z dorsza oprószyć świeżo mielonym czarnym pieprzem, chilli w płatkach z czosnkiem oraz skropić octem ryżowym.
Usmażyć na oliwie.
W miseczce wymieszać sos sojowy, sos teriyaki, olej sezamowy i czosnek.
Makaron wymieszać z przygotowanym sosem.
Rybę podzielić na mniejsze kawałki, dodać do makaronu. Wymieszać.
Makaron przełożyć na talerze i posypać pestkami dyni.


poniedziałek, 6 lutego 2012

Akcja "Zapiekany Makaron" - podsumowanie

Mróz za oknem spory, ale w blogosferze gorąco, bo przez ostatni tydzień piekarniki w kuchniach pracowały na pełnych obrotach ;) Musimy przyznać, że Wasz odzew przeszedł nasze skromne oczekiwania. Nie spodziewałyśmy się, że pojawi się tak dużo zapiekanych makaronów. W naszym pierwotnym zamyśle, w podsumowaniu chciałyśmy umieścić Wasze przepisy tutaj w jednym miejscu, oczywiście ze wskazaniem autora i odnośnika, który by odsyłał bezpośrednio do blogów. Ponieważ jednak pojawiło się tyle przepisów, nie damy rady i ograniczamy się do linków. Zresztą zobaczcie sami, ile jest tego dobra (kolejność alfabetyczna wg nicków):

Bożena

Chantel
Lasagne


Domi w kuchni

Voluś

Oraz dwie propozycje, które dostałyśmy na maila od Katarzyny Hanny, która nie ma własnego bloga, ale też coś przygotowała coś dobrego:


Zapiekanka z makaronu Paccheri jak lasagne
Na sos boloński:
900 g mięso mielone wieprzowo - wołowe, albo jak kto lubi
100 g boczku wędzonego pokrojonego w kostkę
1 marchewka
½ łodygi selera naciowego
½ cebuli
½ szklanki białego wina
sól do smaku
2 łyżki koncentratu pomidorowego.
2 słoiczki przecieru pomidorowego ( ja robię sama) ale myślę, że można tez kupić w puszkach.
2 łyżki oliwy

Na oliwie zeszklić warzywa pokrojone w kosteczkę, dodać boczek, zamieszać. Poczekać aż boczek puści tłuszczyk, dodać mięso mielone i mieszać tak aby surowe mięso zmieniło kolor na taki ugotowany. Jak mięso będzie “sypkie” dodać wino i pozwolić mu wyparować. Dodać przecier pomidorowy, trochę wody , koncentrat i gotować na malutkim gazie ok 2 godz. W razie potrzeby uzupełniać płyn, aby się nie przypaliło. Na koniec dodać sól.

Beszamel :
60 gr masła,
80 gr mąki,
3/4 l mleka,
sól + gałka muszkatołowa
makaron paccheri - bardzo grube rurki
parmezan
60 gr masła, 80 gr mąki, 3/4 l mleka, sol +gałka muszkatołowa do smaku. Na małym ogniu rozpuścić masło, dodać mąkę i dobrze wymieszać. dodawać po trochu zimne mleko i mieszać aby nie powstały grudki. dodać sól i gałkę, dobrze mieszać od spodu i po bokach, bo lubi się przypalać. doprowadzić do wrzenia, gotować 4 min.

Ugotować makaron bardzo al dente( musi być twardawy), odcedzić, nadziewać makaron sosem bolońskim, układać rurki w żaroodpornym naczyniu. Powinno wyjść dwie warstwy makaronu. Na pierwszej warstwie makaronu rozprowadzić beszamel z 3 łyżkami sosu bolońskiego i posypać parmezanem, na niej ułożyć następną warstwę, znów beszamel z sosem i parmezan. Zapiec 15 min w 180°.




Zimowe lasagne ( włoskie radicchio variegato, szpek i beszamel)

makaron na lasagne
3 główki radicchio variegato
150 g szpeku
parmezan
beszamel

Radicchio umyć i pokroić na cienkie paseczki, dodać cienko pokrojony szpek i poddusić na małym ogniu pod przykryciem 10 min.

Przygotować beszamel:
60 gr masła, 80 gr mąki, 3/4 l mleka, sól +gałka muszkatołowa do smaku. Na małym ogniu rozpuścić masło, dodać mąkę i dobrze wymieszać. dodawać po trochu zimne mleko i mieszać aby nie powstały grudki. dodać sól i gałkę, dobrze mieszać od spodu i po bokach, bo lubi się przypalać. doprowadzić do wrzenia, gotować 4 min.

Mieszamy beszamel z radicchio i szpekiem.
Ugotować makaron na lasagne al dente. Dno żaroodpornego naczynia posmarować margaryną, ułożyć pierwszą warstwę makaronu, na makaron rozsmarować beszamel z radicchio i posypać obficie parmezanem. Tak postępować do wyczerpania się składników, pamiętając, że ostatnią warstwą musi być beszamel z radicchio i parmezan. Całość zapiekać w piekarniku rozgrzanym do 180 st. C. przez 30 minut.



A teraz czas na ogłoszenie wyników. Było trudno, a liczba zestawów do rozdania bardzo ograniczona, po długim namyśle, nagrody wędrują do:
Wilczycy - Agi za wyjątkowe zaangażowanie w akcję (9 dań)
Volusia - blogowego męskiego pierwiastka w damskim gronie za armię muszli (i poza konkursem za uroczą szopkę)
Zakamarków Mojej Kuchni - za ciekawy pomysł z wykorzystaniem papierowych pakiecików
Wszystkie 3 pakiety zostaną przesłane zwycięzcom z Izby Makaronu.


I jeszcze mała niespodzianka :) Mamy jeszcze dwa skromne upominki w postaci książki „Makaron - My Story”. Nagroda bezpośrednio od nas makaroniarek wędruje dla:
Małgosi Z za serce do makaronu i dla Mirabelki za Pastisio


Wszystkim serdecznie dziękujemy za udział i dużo pysznych propozycji. I już myślimy o kolejnej makaroniarskiej akcji ;)

Zwycięzców prosimy o podanie adresu do wysyłki upominków na zemfiroczka@gazeta.pl

A oto bannerek z podsumowaniem, który możecie wrzucić sobie na boczny szablon bloga

                                             


piątek, 3 lutego 2012

Ugryźć* mróz zapiekanką

W związku z wciąż trwającą na Paście i Baście! akcją „Zapiekany Makaron” i Waszym sporym odzewem, my również postanowiłyśmy coś w tym temacie zrobić. Ale ponieważ Wy już tyle dobra wyciągnęliście z piekarników, zatem my poszłyśmy inną drogą i zaznajomiłyśmy się z zapiekanym makaronem nieco inaczej ;)

Postanowiłyśmy mianowicie sprawdzić, jak się ma owa rzecz w restauracjach (się wie- poszłyśmy, jak to my, na łatwiznę ;)). No i cóż – jeżeli chodzi o bogatą ofertę, to łatwo nie było. O ile zwykle restauracja miewa w swoim repertuarze całe mnóstwo sosów i kilka rodzajów makaronów do gotowania, o tyle z zapiekaniem jest już ciężej.
Princess jednak sobie sprawnie poradziła z wyszukiwarką w Internecie i w ten sposób w (zajebiaszczo) mroźne wtorkowe popołudnie pojawiłyśmy się na Woli w Trattorii Boccone.



Tutaj do wyboru miałyśmy kilka propozycji z wykorzystaniem lasagne i cannelloni, co nas szczerze ucieszyło. Ja byłam od samego początku zdecydowana na makaron z kozim serem, więc od razu zamówiłam Cannelloni Saporiti (kozi ser, szpinak, czosnek, cebula). Princess natomiast po chwili zastanowienia wybrała Lasagne Verdi (szpinak, kurczak). Pan kelner mi polecił, gdyż zastanawiałam się nad wersja wegetariańską i tą, ale jak mi ktoś coś poleca, zwłaszcza jak bierze udział w dostarczeniu mi tego czegoś pod nos, to słucham ;)
Z tego miejsca trzeba nam dodać, że Pan Kelner był bardzo pomocny i mówił, co jest dobre i co poleca. Plus dla niego. Duży plus również dla bardzo estetycznej karty z menu lokalu. Zamówiłyśmy z niej oprócz makaronu jeszcze herbatę i czekałyśmy na clou. Nie trwało to długo i już za 10 minut pojawiło się lasagne i… ravioli. Po pierwszym zaskoczeniu, natychmiast poinformowałam Pana Kelnera, że ja jednak zamawiałam cannelloni. Pan kelner przeprosił i powiedział, że w takim razie zaraz będzie zmiana. Po kolejnych 10 minutach pojawiło się już moje docelowe danie.



Należy im przyznać, że obie porcje były naprawdę dobre. Świetnie przypieczone wierzchy, dobry nazębny makaron i bardzo smaczne nadzienia. U mnie było sporo szpinaku (w liściach, żadna tam papka), a u Princess – kurczak (sic!) w całkiem sporych kawałkach.



Zjadłyśmy makaron, opróżniłyśmy filiżanki (warto tutaj dodać, że filiżanki dostałyśmy ogrzane, wrzątek w czajniczku, a torebkę osobno) i poprosiłyśmy o rachunek. Pan Kelner się pomylił i przyniósł kwitek z innego stolika, ale zaraz się poprawił i sam wymienił na ten paragon, który przeznaczony był dla nas. Uff! Bo ten pierwszy opiewał jednak na wyższą, niż nasza, kwotę ;) I to o całe 10zł! ;)
Przy okazji, pozwolimy sobie tutaj na małą prywatę: panie Klenerze Wojtku (imię było na rachunku) – jest pan wizytówką lokalu, zalecamy dbać o czystość uniformu.


Podsumowując: jeżeli lubicie zapiekany makaron i chcecie mieć wybór – śmiało polecamy Wam ten lokal na Kasprzaka. U nas uplasował się on na całkiem wysokiej pozycji.



A ponieważ Oczko ładnie wszystko opisała, ja dodawać wiele od siebie nie będę. Powiem tylko tyle, że pomysł na wypad pojawił się po tym jak ja zrobiłam zapiekankę, obfotografowałam nowym okiem i zjadłam. Po czym okazało się, że zdjęcia do niczego sie nie nadają, a ja, twierdząc, że zjeść coś zapiekanego i makaronowego musimy, rzuciłam hasło: idziemy w miasto! I tak właśnie poszłyśmy i w sumie się nie zawiodłyśmy :)

* boccone (z wł.) - gryźć



***
Trattoria Boccone, ul. Kasprzaka 7 (Wola)